Wydawnictwo Nowy Świat

każda książka to nowy świat

 

Pan Samochodzik i jego autor – o książkach Zbigniewa Nienackiego dla młodzieży – Piotr Łopuszański

 
Czerwiec 2009
ISBN 978-83-7386-329-3
Liczba stron: 336
Wymiary: 165 x 235 mm

Od Autora: Powieści Zbigniewa Nienackiego o przygodach Pana Samochodzika są do dziś niezwykle popularne i stanowią rzadki przykład sukcesu pisarskiego. Nienacki był mistrzem atrakcyjnej fabuły. Napisał serię dwunastu książek opisującycych przygody Pana Tomasza oraz trzy inne, ukończone wcześniej, z bohaterem bardzo podobnym do Pana Samochodzika. Prośby czytelników skłoniły pisarza w latach 90. do dopisania nowych przygód polskiego Holmesa i Bonda w jednej osobie. W sumie ukazało się siedemnaście powieści Zbigniewa Nienackiego dla młodzieży. Pomysły realizowane w powieściach są różnorodne, nigdy się nie powtarzają, chociaż pewne elementy są znane, typowe i przez czytelników lubiane (na przykład zawiązanie intrygi, zabawne sceny z dyrektorem Marczakiem, pościgi). Zarówno dramaturgia, jak i sceneria wydarzeń zmieniają się wraz z kolejnymi tomami.
Do napisania pracy o serii książek Nienackiego o Panu Samochodziku skłoniła mnie popularność tych powieści, o której świadczy fakt, że w antykwariatach dawne wydania „Samochodzików” znikają jak świeże bułeczki oraz kontynuowanie serii (w czerwcu 2006 roku ukazał się 90 tom) przez kilkoro innych autorów.

Czytaj fragment

Zobacz recenzje w mediach

Podziel się:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Śledzik
 

10 Komentarzy do “Pan Samochodzik i jego autor – o książkach Zbigniewa Nienackiego dla młodzieży – Piotr Łopuszański”

  1.  

    Na tę książkę czekam od dwóch lat. Czekam nie sama. Wraz ze mną czekają wszyscy Nienackofani. W tym roku zlot na początku czerwca. Mam nadzieję, że do tego czasu książka się ukaże.

  2.  

    Ja też czekam… A w miarę czekania apetyt rośnie, więc Drogi Wydawco, prosimy o książkę!

  3.  

    Na naszej stronie klubowej http://www.klubmord.com znajdziecie również recenzje książek Nienackiego.

  4.  

    [...] Pan Samochodzik i jego autor – o książkach Zbigniewa Nienackiego dla młodzieży – Piotr Łopusza

  5. Tomasz Matkowski
     

    Jako nienackofan, który do dziś czytuje, gdy chce sobie poprawić humor, książki o panu Samochodziku, nabyłem monografię autorstwa Piotra Łopuszańskiego. I nie zawiodłem się. Przeczytałem jednym tchem. Czego tam nie ma! Szczegółowe omówienie wszystkiego, co Nienacki kiedykolwiek napisał, porównanie poszczególnych wydań i omówienie wprowadzanych przez autora lub przez wydawców zmian, niezwykle ciekawy rozdział o nieścisłościach i błędach popełnionych przez Nienackiego.
    Erudycja Łopuszańskiego, jego wiedza ogólna a zwłaszcza humanistyczna jest zadziwiająca. Nie znalazłem żadnej nieścisłości w drobiazgowych wywodach prostujących błędy Nienackiego w kwestiach historii sztuki czy historii Polski.
    Zadziwia też znajomość omawianych książek i niezwykła spostrzegawczość w wychwytywaniu wszelkich sprzeczności. Tyle razy czytałem „Tajemnicę tajemnic” a nie zauważyłem, że w pierwszym rozdziale doktor, który obarczył Pana Samochodzika dogiem błękitnym „Protem” zwraca się do niego per ty, a w ostatnim przysyła mu list, w którym zwraca się per pan.
    W „Panu Samochodziku i jego autorze” znalazłem tylko jeden błąd merytoryczny. Błąd zresztą prawdopodobnie przypadkowy, bo nie wierzę, żeby Łopuszański nie wiedział, że w „Wyspie złoczyńców” z cypla nad rzeką przeganiają pana Samochodzika archeolodzy, a nie harcerze. Harcerze, przeciwnie, pomagają mu przenieść rzeczy na nowe miejsce, nieco wyżej, co okaże się zbawienne gdy poziom wody wzrośnie (str. 256).
    To tylko drobiazg, który w niczym nie umniejsza wartości tej monografii naprawdę wyczerpującej i rzetelnej.
    Jeśli chodzi o stosunek autora do książek Nienackiego, jest on pozytywny, aczkolwiek jak na moje odczucie zabrakło tu podkreślenia ciepła emanującego z tych książek. Podkreślone jest, owszem, ich pozytywne przesłanie, lansowanie zasad fair play, uczciwości, bezinteresowności.
    Ciekawy jest rozdział o życiu prywatnym Nienackiego. Pisarz miał szczęście, że w tamtych czasach nie było prasy plotkarskiej, bo miałaby niezły żer. Szesnastoletnia kochanka (która, dodajmy, pozostała z pisarzem do jego śmierci), licealistki opalające się nago na jego jachcie – no, no! I to w czasach przaśnego peerelu.
    Całość jest świetna i dostarczy nienackofanom znakomitej zabawy. A jest nas sporo, całe pokolenia się na Nienackim wychowały, łączny nakład jego książek, jak skrupulatnie wyliczył Łopuszański, sięga… 3,5 miliona egzemplarzy.
    Dziękuję! Teraz poproszę o monografię pt. „Alfred Szklarski na czarnym lądzie”.

  6.  

    Jako fan Pana Samochodzika preczytałem tę książkę z zainteresowaniem. P. Tomasz Matkowski znalazł w niej jeden błąd. Mnie udało się znaleźć następne. Otóż skrót KBW nie oznacza bynajmniej Komietu Bezpieczeństa Wenętrznego ale KOPRUS Bezpieczeństwa Wewnętrznego (utworzony do likwidacji niepodległościowego podziemia). I jeszcze jedna sprawa – aż się prosi wytknąć Zbigniewowi Nienackiemu brak elementarnej wiedzy samochodowej. W ‚Wyspie Złoczyńców” wrażenia pana Tomasza z pierwszej jazdy: „…Wechikuł wuja Gromiłły miał wspaniały zryw, w ciągu nie więcej niż PIĘTNASTU sekund miałem już SZEŚĆDZIESIĄT kilometrów na liczniku…” Poczciwa Syrenka była chyba bardziej żwawa…

  7.  

    No tak, ma pan rację. totalna nieznajomośc techniki. chociażby te gaźniki, które „tłoczą” beznzynę do cylindrów, najwyraźniej Nienacki nie wiedział że gaźnik to urządzenie wolnossące i niczego nie tłoczy (z wyjątkiem momentów gdy uruchamia się pompka przyspieszająca, ale ten drobny element gaźnika chyba też nie był Nienackiemu znany). tego typu niescisłości jest w Samochodzikach mnóstwo. są też niekonsekwencje w rodzaju: w wyspie zloczyńców wehikuł jest przystosowywany do pływania po wodzie i to przystosowanie zajmuje dwie godziny, a kierowca musi sie przesiąść na miejsce pasażera, w następnych tomach wehikuł już nie potrzebuje żadnych transformacji gdy wjeżdża z lądu do wody.
    no i warto może wspomnieć że oprócz ewidentnego błędu językowego, który słusznie wychwycił Łopuszański, kiedy to panna Helenka mówi, że używa wodę (a nie wody), w samochodzikach aż roi się od niezręczności językowych. chociażby ten kuriozalny, acz niby poprawny zwrot „dozorować dworu”, który bije po uszach w kilku miejscach w Niesamowitym Dworze.
    ale poza tym samochodziki są super! mają w sobie magię i czar.
    pozdrawiam wszystkich nienackofanów

  8.  

    Spędziłem właśnie 2 świąteczne dni na lekturze. Książki Nienackiego czytałem „od zawsze”, całą klasyczną serię po kolei co najmniej kilka, jeśli nie kilkanaście razy. Opracowanie jest więc dla mnie bardzo ciekawe, jako uzupełnienie ulubionych lektur. Nie mogę się jednak zgodzić w kilku punktach z Autorem.
    Oto skrócona wersja listu do Autora:

    Jako zagorzały miłośnik klasycznych Samochodzików mogę chyba powiedzieć, że prawie nie mają one przede mną tajemnic. Prócz tego, jestem chyba jeszcze bardziej zagorzałym, by nie rzec – maniakalnym samochodziarzem i pod tym względem książka wydaje mi się niedopracowana. A jest to przecież ważny element opowieści o Samochodziku.
    A więc po kolei (piszę z głowy, na gorąco, bez zaglądania do źródeł, zaznaczając szczegóły, których nie jestem pewien w 100%):
    S. 66. Dlaczego marki: Wartburg, Moskwicz i Simca sugerują tylko wczesne lata 60? Dwie pierwsze były obecne w Polsce zawsze i w zasadzie do samego końca istnienia fabryk, czyli AWE do 1991 r i MZMA/AZLK do ok. 2000 r, a kolejne modele były sprowadzane do Polski. Ilość ich z czasem rzeczywiście się zmniejszała, ale na pewno ta obecność nie zamyka się w tak krótkim okresie. Natomiast częściowo jest to zgodne z prawdą w przypadku Simki, choć również nie w pełni. Tutaj akurat nie ma to większego znaczenia, bo jest mnóstwo innych danych, osadzających „Wyspę Złoczyńców” w konkretnym czasie, ale sformułowanie jest niefortunne.
    S. 72. W serialu „Templariusze” jest przecież wehikuł! Czyli właśnie poniemiecka amfibia KdF Typ 166. To był jedyny wtedy w miarę dostępny pojazd, który się nadawał. Siermiężna polska kinematografia ani telewizja nie miała (do dziś nie ma) możliwości zbudowania odpowiedniego pojazdu. Nie zauważyłem też wzmianki, że w filmie „Wyspa Złoczyńców” wystąpiła podobna amfibia KdF, mocno ucharakteryzowana, ale dobrze rozpoznawalna. W obu filmach z lat 80 (tych najbardziej beznadziejnych) wehikułem był oszpecony prototyp polskiej lekkiej sześciokołowej amfibii, zbudowanej (o ile pamiętam w WAT) na zespołach Fiata 126p.
    S. 77/78. W streszczeniu za wcześnie umieszczono seans spirytystyczny, który przecież odbył się po wyjeździe do teatru, rozpoczynając kulminacyjne punkty akcji, w przedostatnim jej dniu.
    S. 93/252. Skąd u licha wziął się ten Opel Taunus!? Taunus to tradycyjna nazwa modeli niemieckiego F o r d a, jeszcze sprzed wojny. Zniknęła ona, razem z bliźniaczą angielską Cortiną, dopiero po pojawieniu się Sierry w 1982 r. Taunus w późnych wersjach był produkowany jeszcze przez pewien czas przez Forda tureckiego (Otosan) i chyba argentyńskiego, ale nie pamiętam dokładnych dat. Był zresztą dość powszechny w Polsce. Poza tym w „Zagadkach Fromborka” (s. 252) nie powiedziano, jakim konkretnie modelem Opla jeździł inż. Zegadło.
    S. 187. VW Passat wszedł do sprzedaży bardzo szybko, na pewno nie rok po prezentacji w maju 1973 r. Sytuacja firmy była skomplikowana, długie trzymanie się produkcji tylnosilnikowych „odkurzaczy”, łącznie z kuriozalnym modelem 411/412 spowodowało problemy. Passat był pierwszy z nowej linii modelowej, radykalnie zmieniającej stosowane koncepcje. Jest to zresztą modyfikacja Audi 80 z 1972 r. Zrobiono tak właśnie dlatego, aby zyskać na czasie.
    S. 219. Rozbawiła mnie wizja Wacka, określanego w powieści jako „wymoczek”, spuszczającego do jeziora rosłego Brodacza w koszu. Brodacz oczywiście normalnie nurkował, a Wacek podawał mu jedynie mały koszyk („koszyczek”) na znaleziska.
    S. 246. Rozbieżności w parametrach wehikułu teoretycznie są możliwe. Inna sprawa, że Tomasz musiałby mieć do dyspozycji świetnie wyposażony warsztat, podobny do wyczynowych pitstopów, który dokonywałby odpowiednich zabiegów. Osobiście pomijam, jako przypadkową, wzmiankę w „Wyspie” o napędzie na 4 koła. Pojawia się tylko raz. Zresztą próba budowy amfibii 4×4 daje zwykle coś w rodzaju ciężkiego Amphi Rangera produkcji RMA albo wojskowych: MAW lub GPA. Natomiast stosunkowo łatwo zrobić osobową amfibię, podobną do wehikułu, czego przykładem jest Amphicar, samochód rzeczywiście nieco dziwnie wyglądający, ale nie odbiegający rażąco od przeciętnej.
    S. 252. Wartburg, który stał na stacji benzynowej w „Wyspie Złoczyców” (zapewne 311) na pewno nie był taki sam jak ten,
    którego produkcję zakończono w 1991 r (1,3 – ewolucja 353W i 353S). Uproszczenie, które to sugeruje, jest krzywdzące dla fabryki.
    S. 252. Podobnie jest z Wołgą. Na przejściu granicznym w 1964 r. był GAZ M21 Wołga, produkowany do ok. 1970 r. Linia Wołg to chyba najbardziej dopracowane i cenione (prócz Łady Nivy) radzieckie a potem rosyjskie samochody. Historia późniejszych modeli, począwszy od 24 jest skomplikowana i nie ma tu już tak jasnych przedziałów i wyraźnych kolejnych generacji. Wołga, którą przyjechał w „Niewidzialnych” do Kamieńca dyrektor Marczak mogła być już tym nowym typem 24, ale niekoniecznie. Obie Wołgi można obejrzeć w serialu „Czterdziestolatek” z tego okresu.
    S. 252. Na temat samochodu Valcone mam własną teorię. Może to być zniekształcona nazwa amerykańskiego Forda Falcona, samochodu znanego i cenionego. Byłby to kolejny przypadek zniekształconej obcej nazwy lub nazwiska w powieściach.
    S. 252. Nie przywiązywałbym wagi do różnicy między Skodą a Wartburgiem Batury. Możliwe, że kierując „gangiem” używał wielu samochodów.
    S. 253. Alpine to jak najbardziej dobre określenie! Alpine to nie nazwa modelu Reanult, ale nazwa odrębnej firmy, w 1962 r. przejętej przez Renault. Alpine wytwarzał samochody sportowe wykorzystując zmodyfikowane zespoły Renault. Ciotkę Eveline niewątpliwie zainteresował nowy Alpine A-310, do którego pasuje opis z powieści. Ostatecznie można określać go jako Alpine-Renault A-310 (tak są tytułowane prospekty), ale nigdy jako wyłącznie Renault! Wszedł na rynek w marcu 1971 r, co automatycznie określa czas akcji. Jego poprzednik to słynny A-110.
    S. 253. Nazwa BMW Turbo jest w pełni właściwa! W 1972 r pod taką nazwą przedstawiono rewolucyjny pod każdym względem concept-car, będący pokazem mozliwści firmy. Przekształcił się on potem w BMW M1 i zapewne podobał się Nienackiemu. Jednak w przypadku wozu Batury chodzi zapewne o BMW 2002ti turbo z 1974 r. Samochód taki Batura teoretycznie mógł sobie sprawić, a Nienacki jedynie skrócił długą, niewygodną nazwę. Zresztą jeden z rysunków Kobylińskiego w „Rękawicy” przedstawia charakterystycznego „rekina” BMW i można przyjąć, że to ten model. Nawiasem mówiąc porównywanie terminu Turbo do wyposażenia typu ABS jest nie na miejscu. Doładowane silnki benzynowe były wtedy sporym wyzwaniem konstrukcyjnym i doprowadzenie ich do jako-tako produkcyjnej postaci było znaczącym wydarzeniem. To technologia na zupełnie innym poziomie niż pudełko wypełnione kilkoma gramami prostej w sumie elektroniki i kilka kabelków. W każdym razie pierwszy samochód z seryjnym ABS, czyli Ford Scorpio nie wywołał takiej sensacji jak którekolwiek BMW Turbo. Używanie słowa Turbo jako nazwy to zresztą nic nadzwyczajnego. Ciężarówki Iveco w latach 80 i wczesnych 90 (kiedy przecież doładowane silniki ciężarówek były normą) nosiły nazwy TurboDaily/-Zeta/-Tech/-Star. Określenie Diesel również w pewnym okresie stanowiło część nazw samochodów, głównie ciężarówek (MAN, Nissan, firmy brytyjskie). W każdym razie nigdy w tym fragmentach powieści nie miałem odczucia, że coś jest nie w porządku (jak np. z Valconem), a cały akapit, oparty na złych założeniach, jest właściwie zbyteczny.
    S. 256. Irena/Agnieszka z „Atanaryka” powinna mieć „na imię” Irena, a nie „nazywać się” Irena.
    S. 259. Nie zgadzam się, że Bigos był nieukiem. Wyraźnie widać, że to nie same terminy metopa i tryglif zaskoczyły Bigosa, ale fakt, że zna i swobodnie używa ich Tomasz, odbierany przez niego jako ograniczony urzędas.
    S. 306. Wóz Tomasza nie jest „cabrioletem” tylko „kabrioletem”. Polska forma jest używana i uznana w oficjalnej terminologii co najmniej od wczesnych lat 60.
    S. 316. Samochód na okładce I wydania Winnetou to na pewno nie „jeep”. Po pierwsze to nazwa konkretnej firmy, przyznaję, używana powszechnie z przyzwyczajenia, co czasem stwarza potworki w rodzaju: „Jeep firmy Suzuki” (jakieś wiadomości radiowe). Po drugie na okładce pokazano tzw. buggy, czyli otwarty samochód, praktycznie bez nadwozia, w tych latach budowany na zachodzie przez małe firmy z użyciem zespołów VW Garbusa, a w Polsce (później oczywiście) – malucha. Właściwości jezdne ma mierne (na pewno nieporównywalne z wehikułem), ale daje mnóstwo radości z jazdy.
    - Właściwa nazwa wspomnianego kilka razy wojskowego samochodu to nie „Willis” a „Willys”, od firmy Willys-Overland, która po wielu przekształceniach, pod nazwą Jeep jest częścią koncernu Chrysler. To kolejny przykład przekręcenia przez Nienackiego obcej nazwy.
    Ogólnie chciałbym przestrzec przed traktowaniem samochodów z demoludów jako niezmiennych („Wartburg to Wartburg”, „Wołga to Wołga” itd). Oczywiście wytwórnie nie były tak aktywne jak zachodnie, wolnorynkowe, ale w krajach, które przeżywały permanentnie „przejściowe” trudności gospodarcze, nie było takich możliwości. Jednakże wszystkie socjalistyczne pojazdy przechodziły ewolucję i zmiany modeli, pozwalające bardzo dokładnie umieścić każdy z nich w czasie.
    Nie wypowiadam się na temat motocykli, gdyż w tej dziedzinie nie czuję się na siłach. Ogólnie wszystko wydaje się być w porządku, ale to temat dla kogoś innego. Nie jestem też pewien co do Forda Mustanga, ale on również leży trochę obok moich zainteresowań (samochody z naszego regionu, z grubsza europejskie i ogólnie terenowe).
    Pomijam też dane geograficzne, historyczne itp, gdyż nie mam odpowiedniej wiedzy. Ogólnie mam wrażenie, że są podane poprawnie.
    Jak widać – skupiłem się, z kilkoma wyjątkami, na wąskim zakresie. Zdaję sobie sprawę że są to nieznaczne w gruncie rzeczy błędy typowe dla humanisty, ale zbyt lubię książki Nienackiego, by nie zwrócić na to uwagi w dużym opracowaniu na ich temat.
    Gratuluję, dziękuję za wykonaną pracę i życzę sukcesów.

  9. max Do Marcin Kula
     

    Masz wiedzę, a ten Ampihcar wygląda jak autko tytułowe, albo bardzo podobnie. Fajnie byłoby nakręcić te filmy jeszcze raz, w zbliżonych realiach PRL – bo teraz wiedzy jest więcej. Pozdrawiam

  10.  

    Max – staram się :)
    Co do filmu, nie wiem, jeśli miałoby wyjść kolejne arcydzieło w rodzaju filmu „Niesamowity dwór”, albo z innej beczki – „Wiedźmina” to może lepiej nie. Cieszmy się, że mamy dobre książki i obdarzonych wyobraźnią i talentem pisarzy. Bo filmowców – na pewno nie.
    Przy okazji – po ponad pół roku nie doczekałem się odpowiedzi na powyższy tekst, ani od wydawnictwa ani od autora.

Skomentuj