Strona główna » Barbara Piórkowska - Szklanka na pająki » Szklanka na pająki (odc. 15)

Szklanka na pająki (odc. 15)

Co rano matka budziła mnie o szóstej. Zaspana nie chciałam wstawać, więc ojciec brał mnie na ręce i wynosił z łóżka prosto w otwarte drzwi łazienki. Poranne światło raziło mnie, nie lubiłam tych rytuałów, nie lubiłam przedszkola, zimy na zewnątrz ani kolejki SKM jadącej pół godziny do Gdyni – i mazgaiłam się, ćwicząc cierpliwość rodziców na kilkunastu różnych tonach. S. natomiast wstawał raźno, chichotał mi do ucha, ciągnął za niebieską piżamę i pokazywał język. Byłam bezbronna wobec bestii, choć zazwyczaj mogłam liczyć na anielską interwencję. Jednak Julek też długo dochodził do siebie, w rzeczywistości snów w końcu poruszał się z większą chęcią i o niebo lepiej. Przejście od jednego świata do drugiego u mnie też do tej pory odbywa się dość opieszale i konsekwentnie odmawiam radzenia sobie z rześkością poranków.
Matka, prawdę mówiąc, też nie znosiła tego rannego przedstawienia. Siedziała przy kawie w kuchni i patrzyła, jak ja, pomarszczona z niechęci, siedzę przy mleku. Wydawałam się jej wtedy najbrzydszym dzieckiem na świecie. Brzydszym od nieustającej budowy na zewnątrz, brzydszym od błota, przez które zaraz będziemy się przebijać do przystanku kolei w brzydkich, ale ciepłych kozaczkach. Wiedziała też, że za dwadzieścia minut w SKM-ce nieładnie się zachowam, żądając jedzenia, mimo że w domu nie tknęłam nawet kanapki. Męczyła ją ta ponura dziecięca złośliwość, ale nie mogła nic zrobić i dawała się wygryzać jej niezdarnie od środka. Wzdychała i ubierała mnie w końcu w kożuszek, a kiedy ojciec zamykał na klucz drzwi, wkładała mi na głowę czerwoną czapkę, zrobioną przez babkę w czasach, kiedy jeszcze przy robótkach ręcznych nie kłuła się drutami – i okutywała szczelnie takim samym czerwonym szalikiem. Zjeżdżaliśmy windą w ciemnym milczeniu i wychodziliśmy w północ, w szarugę, w której jedynym znakiem orientacyjnym stawała się moja głowa we włóczkowej aureoli.

Tkanie

Julek najbardziej lubił jeść obrazki w pismach dla dzieci. Siadał na ilustracji przedstawiającej na przykład jeża wśród liści i wpatrywał się w nią tak długo, aż wyblakła. Doceniał też sztukę dziecięcą – te nieskończone ilości wystaw na Dzień Matki i Ojca, bazgroły przedstawiające jesień, zimę, wiosnę, lato i znów jesień, prace z ulubionymi zwierzętami domowymi – psem, kotem i następnym psem, bo psy są tak różne jak dzieci i warto je malować. Nigdy nie wisiały dostatecznie krótko, by nie zdążył ich skosztować.
Często byłam zła na Julka, bo zabierał kolory moim kredkom, tym zwykłym, w opakowaniu z rysunkiem misia oraz tym lepszym, chińskim i świecowym, o większej ilości odcieni. Po jedzeniu sam robił się kolorowy, nie mogłam znieść widoku mojego przyjaciela w odcieniu buraczkowej surówki albo ochrowego bigosu. Czasami najadał się tak bardzo, że wymiotował mi na kartkę i wtedy zamiast ogrodu z kwiatami wychodziła mi rozmemłana barwna zupa, podobna do potraw w barze mlecznym.

Barbara Piórkowska - Szklanka na pająki

Brak komentarzy do wpisu “Szklanka na pająki (odc. 15)”

Zostaw odpowiedź

(wymagane)

(wymagany)