Strona główna » Barbara Piórkowska - Szklanka na pająki » Szklanka na pająki (odc. 14)

Szklanka na pająki (odc. 14)

Śmiałam się z gdańskich ezoteryków, bo szukali w złym miejscu. To do przedszkola w Gdyni przyleciało UFO. Nikt, oprócz jednego kolegi, Mateusza, oprócz niego nikt nie wierzył, że rozrosło się na chodniku. Codziennie moja grupa wychodziła na dwór i codziennie beton w miejscu obok huśtawek zmieniał kształt, wybrzuszał się i pęczniał. Rodziły się kolejne tajne kanały, powstawały kryjówki oznaczone numerami od jeden do dziesięć – i dalsze, ale tych jeszcze nie umieliśmy policzyć. Godzinami wpatrywaliśmy się w szare płyty i widzieliśmy, jak obcy przeprowadzają inwazję na mrówki. Owady wchodziły w specjalną dziurę, skuszone zapewne czymś smacznym – i już z niej nie wychodziły. A potem mama z jakiegoś powodu zabrała Mateusza i nigdy więcej nie pojawił się, by potwierdzić moje straszne podejrzenia.
Mieszkałam wtedy już na Zaspie. Na starym lotnisku powstawało kolejne osiedle z wielkiej płyty. W pokoju na dziewiątym piętrze miałam kilka zabawek, czerwony stolik z dwoma figlarnie zaokrąglonymi krzesełkami i łóżko. I pomarańczowe zasłonki w motyle. Matka powiesiła też reprodukcję Wyspiańskiego – na portrecie widniał Staś, który miał dłuższe blond loki i cały naburmuszony grzebał sobie ręką w nosie. Dziwiło mnie, że chłopiec wygląda jak dziewczynka, ale wkrótce okazało się, że to nic niezwykłego. Ja mianowicie wyglądałam jak chłopiec.
Zaczęło się od ksero. Ojciec miał do niego dostęp – otrzymywał więc od wychowawczyń obrazki. Obrysowane jedynie czarnym konturem Pszczółkę Maję, Misia Uszatka czy Sierotkę Marysię i siedmiu Krasnoludków – powielał wielokrotnie, korzystając z przywileju w pracy. Następnie te puste, ale zwielokrotnione w wielu papierowych kopiach postaci z bajek przynosił z powrotem do przedszkola, by można je było wypełnić barwami.
Mimo ogromnego pragnienia, nigdy nie dostałam do kolorowania tych najśliczniejszych bohaterek. Nadaremnie płakałam za Kopciuszkiem w balowej sukni czy alabastrową Królewną Śnieżką, moja wyciągnięta po bohaterki ręka zawisała w powietrzu w cichej prośbie i musiałam się zadowolić kosmonautą lub samochodem wyścigowym. Albo strachem na wróble. Omijały mnie dobre kopie, gdyż nauczycielki sądziły, że nie interesuję się drogimi kamieniami, brokatem i złotem pałaców. W świetle przedszkolnych jarzeniówek byłam praktyczna i uzdolniona technicznie.
Później dziewczynki w przedszkolu już śmiało mówiły, że jestem wielka wzdłuż i wszerz, i mam włosy tak cienkie i tak krótkie, że nie da się z nich zrobić warkoczy związanych kokardami. Zabrały mi więc kolorowe spinki z Myszką Miki. Że pcham się na rytmice
z siłą, która może odkruszyć kawałek ściany. Mogę więc w przedstawieniu grać rolę pyzatego słoneczka, ale broń Boże – pięknej księżniczki. Że w czasie leżakowania kręcę się na łóżku zupełnie bez wdzięku. Nie będą więc spały obok mnie, bo gruboskórnie im przeszkadzam.
I naprawdę okazało się, że nie pasuję do nikogo i niczego, co wcześniej widziały. A ja przecież tylko zbierałam zapasy – wiedząc, że jeśli nie schomikuje się dostatecznie wiele miłości przedtem, to potem nie dostanie się jej za długość warkocza.

Barbara Piórkowska - Szklanka na pająki

Brak komentarzy do wpisu “Szklanka na pająki (odc. 14)”

Zostaw odpowiedź

(wymagane)

(wymagany)