Strona główna » Magdalena Wypych - Nowy Jork u stóp » Nowy Jork u stóp (odc. 15)

Nowy Jork u stóp (odc. 15)

15. CIERPIENIA NOWOJORSKIEGO TRZYDZIESTOLATKA

Nowy Jork jest sumą indywidualnych jednostek, które przybyły by egoistycznie realizować tu cele własne.

Jeśli jednostka opuszcza swoją ziemię i zostawia rodzinę, by w Nowym Jorku spełniać cele, to nie po to, by zaraz zakładać rodzinę i kupować ziemię. Będzie miała luźne związki, wynajęte mieszkania i żyła skupiona na sobie i na karierze, by dowieść wartości swojego wyboru. Ja tak mam, pan tak ma i pani też. W ten sposób inni ludzie stają się tylko celem w ramach spełniania ekonomicznych zadań i traktują siebie nawzajem instrumentalnie.

Po trzech latach w Nowym Jorku przystosowałam swój styl życia się do wymogów życia w Mieście. Byłam teraz trzydziestoletnim singlem, głodnym sukcesu, wplątanym w kilka luźnych związków, który ma kilka niestałych prac i używa sobie życia. Chodziło o to, by zawsze być w coś zaangażowanym i nie stać w miejscu. Niestałe prace dawały wolność i pozwalały być aktywnym na wielu poziomach. Luźne związki również dawały wolność, podlegając jedynie negocjacjom i rewaluacjom i kończąc się tuż przed zobowiązaniem. Nowy Jork był miastem samotnych z wyboru. Samotni bez wyboru podlegali takim samym prawom. Wszyscy skupiali się na sobie nie będąc jeszcze gotowym o kogoś innego dbać.

Ponieważ mojego życia miłosnego nie można było traktować poważnie, najistotniejsi byli przyjaciele. Istnieli, nie zmieniali się i można było na nich liczyć. Byli w podobnej jak ja sytuacji i zastępowali mi rodzinę. Moi amerykańscy przyjaciele nie widzieli nic złego w niezamążpójściu w wieku trzydziestu lat. Nikt nie miał dzieci ani zamiaru, ani nawet wyrzutów sumienia. Najpierw należało osiągnąć cele, zintegrować własne ja oraz spełnić się twórczo. Mój ojciec natomiast nie mógł pogodzić z tym, że jeszcze nie mam dziecka. Nasze telefoniczne rozmowy nigdy nie obywały się bez tematu nowo powstałych dzieci. Już chyba wszyscy moi kuzyni mieli potomka. Nawet Mariolka, osiedlowa prostytutka, właśnie urodziła chłopczyka – donosił ojciec. Gdy po dwóch latach wróciła z Anglii z mężem i dzieckiem, ci którzy na nią zawsze pluli, ogłosili: „Ja ją zawsze lubiłem, to fajna dziewczyna, jajcara taka”. Byłam teraz poniżej niej.

Zegar życia tykał jednak strasznie głośno i wiele rzeczy się samo kwestionowało. Zakwestionował się na przykład mój podręcznik psychologii, strona dwusetna trzecia: „Trzydziesty rok życia jest na Zachodzie uważany za początek czerpania korzyści z kariery, którą się zbudowało w latach dwudziestych. Ustabilizowany finansowo trzydziestolatek z kontem i kartą kredytową, szuka męża czy żony i domu na przedmieściu. Jeśli jest artystą, to właśnie kończy swoje pierwsze dzieło”. Właśnie dlatego. Albo ja byłam spóźniona albo podręcznik nie nadążał za naszymi czasami. Emigracja na pewno opóźniła moją sprawę z kontem i domkiem na przedmieściach, ale największy głód dotyczył dzieła. Odczuwałam silną potrzebę stworzenia czegoś, co usankcjonowałoby mój udział w cywilizacji. Wyczytywałam tę samą potrzebę w głodnych oczach moich przyjaciół. Wyłącznie dzieła i, co za tym idzie, uznanie, czyniło nas tak naprawdę artystami. Jeśli artysta tworzy, lecz nie sprzedaje swojej sztuki, uchodzi za dziwaka tylko, najwyżej neurotyka. Podobnie jest z rewolucjonistą. Gdy rewolucjonista zwycięża, staje się mężem stanu, gdy przegrywa, jest zwykłym przestępcą.

Myślę, że za dużo się mówi o kryzysie wieku średniego, a za mało o kryzysie kończącej się młodości. Czterdziestolatek, spojrzawszy wstecz, może żałować, że źle ułożył sobie życie, ale trzydziestolatek, będąc w samym środku podejmowania najważniejszych decyzji i wybierania właściwych dróg, od samego uświadomienia sobie ciężaru tej odpowiedzialności, może się załamać.
Zaczyna się strach przed starością. Nie da się już zarywać nocy, pojawiają się pierwsze zmarszczki, utrwalają się grymasy. Zaczyna się dbanie o zdrowie. Powiększa się zestaw produktów z czarnej listy. Sama coraz mniej jadłam. I biegałam dla zdrowia już co drugi dzień. Byłam na pograniczu ortoreksji, obsesji zdrowego odżywiania, przed którą ratował mnie Red Bull. Red Bull był superniezdrowy i piłam go codziennie.

Marc mi powiedział, że nie pamięta kiedy przekroczył trzydziestkę, bo był zbyt zajęty, by to zauważyć. Pracował po dwanaście godzin dziennie przez siedem dni w tygodniu. Fotografował dla innych, fotografował dla siebie, robił grafikę, organizował wystawy i do tego miał jeszcze próby teatralne, bo chciał zostać aktorem. „Ty, Marc, aktorem? – kpiłam – dobrze, że teatralnym, bo zbliżenia by cię wykończyły”. Ale Marc wspomina grę na scenie najczulej. Mieszkał wtedy w małym pokoiku, wszędzie poruszał się taksówkami, by zdążyć do następnej pracy i wspomagał ciało legalnymi i nielegalnymi pochodnymi kokainy. Nawet przyjęcia były dla niego stresujące, bo były pracą, jej ważnym aspektem: nawiązywaniem kontaktów. Dopiero teraz, przed czterdziestką, zaczął odpoczywać. Słuchałam Marca z przerażeniem i myślałam o Red Bullu i taksówkach między pracami, które już się w moim życiu pojawiły.
Zapytałam Marca co chciałby wiedzieć gdyby znowu miał trzydzieści lat. Marc poradził mi, żebym wyrabiała sobie kontakty w Mieście, bo jak się zna ludzi, to Miasto jest twoje. Każdy może się kiedyś przydać. Pachniał machiawelizmem i cynizmem, ale miał rację.

Bo choć moje życie w Mieście zasadzało się na przyjaźni, to ze zgrozą zauważyłam, że z przyjaciółmi najczęściej łączył mnie jakiś wspólny interes albo pomysł jak zarobić razem pieniądze. Spotkania z Pedro zawsze krążyły wokół projektów filmowych, z Dukiem wokół muzycznych, z Mikołajem zakładaliśmy wciąż nowe fikcyjne firmy, z fotografami obiady zwykle kończyły się fotograficzną sesją płatną. Jakoś to nas konsolidowało i nadawało sensu spotkaniom. Inne związki nie mając ekonomicznego celu, szybko wygasały. Można było z kimś od czasu do czasu iść i pogadać, ale było to tylko podtrzymywanie znajomości aż do zaistnienia celu ekonomicznego. A odkąd weszłam w posiadanie psychoanalityka, nie miałam nawet potrzeby się wygadać.

To było bardzo wygodne oraz bardzo nowojorskie. Tu nie odkrywa się przed znajomymi swoich słabości i nie relacjonuje się im swoich problemów, jedynie sukcesy. Wszystkie problemy relacjonowałam Parkerowi, on je analizował i mówił mi co robić. Akurat. Często sama musiałam się analizować, za własne pieniądze, a on tylko mówił czy dobrze. Ale coś tam się zawsze udawało rozwiązać. Nierozwiązaną resztę przerabiałam na sztukę.
Tak naprawdę to bałam się, że Parker mnie wyleczy. Jeśli zupełnie przestanę cierpieć, to skończę się jako artystka. Jeśli nie będzie w moim życiu dramatów i konfliktów, to nic już nie napiszę, nie namaluję, nie będę potrzebowała tworzyć. Pozwalałam mu więc tylko trochę mnie podleczyć i poddawałam się cierpieniom trzydziestolatki.

Magdalena Wypych - Nowy Jork u stóp

Brak komentarzy do wpisu “Nowy Jork u stóp (odc. 15)”

Zostaw odpowiedź

(wymagane)

(wymagany)