Strona główna » Magdalena Wypych - Nowy Jork u stóp » Nowy Jork u stóp (odc. 14)

Nowy Jork u stóp (odc. 14)

14. MARC

Długo się wahałam czy rzucać się w romans, który wiadomo, że jest skazany na porażkę. I nie „wszystko z nudów”, jak Osiecka pisała.

Coś mnie ciągnęło, by mieć to doswiadczenie i sama byłam ciekawa jak się zachowam. Bo miałam nadzieję, że okaże się, że dorosłam i nie zachowam się jak małolata, nie zakocham się.

Spodobał mi się od razu. Bo Marc robi dobre wrażenie. I tym gubi kobiety. Wydaje się, że przy nim nie można być nieszczęśliwym. Jemu wszystko się udaje i wszystko jest łatwe. Widać, że wie kim jest i lubi sobą być. A to przyciąga. Nie widziałam żadnej złej strony Marca dopóki Alicia nie zaczęła mi się zwierzać.
Alicia i Marc byli przez długi czas szczęśliwą parą. Alicia dostawała prezenty i śniadanie do łóżka. Była pochłonięta tą miłością i nowymi kontaktami w branży, dzięki Marcowi uzyskanymi, a do mnie dzwoniła tylko pożyczać sukienki na przyjęcia. Marc uwielbiał sukienki, a ona nie nadążała z kupowaniem. Nosiłyśmy ten sam rozmiar. Pożyczanie jej sukienek miało dużo sensu, bo chociaż nie wisiały smętnie w szafie i nie marnowały się. Alicia zapowiadała się wysyłając mi na telefon kolorowe słoneczko, wpadała, przymierzała, robiła bałagan, gadała jak życie w Nowym Jorku ją teraz bawi i już leciała, bo Marc na nią czekał. A ja sprzątałam po niej, wzdychałam i szłam do lodówki na piwo. Nawet nie byłam wtedy aż taka samotna, ale nikt też nie chciał mnie ciągle w sukienkach.

Aż tu nagle zamiast słoneczka, dostaję od Alicii wiadomość, że życie jest iluzją i coś tam, że nie warto być szczęśliwym. Zdziwiło mnie to, bo Alicia nigdy się na nic nie skarżyła. Zawsze mówiła co dobrego, a o tym co złego wspominała w czasie przeszłym, wyciągając od razu wnioski. Zarezerwowałam stolik w Cafeterii.
Przyszła smutna, nie pytała co u mnie i od razu zaczęła mówić o Marcu. Sytuacja przedstawiała się w skrócie następująco: Marc nie chce się z nią związać na stałe, nie ma mowy o wspólnym zamieszkaniu, gdy go skonfrontowała, zaproponował, by zaczęła się spotykać z innymi facetami, nie wie co teraz zrobić, bo jest zakochana i traktowała rzecz poważnie.
Marc, prawie czterdziestoletni singiel w kwiecie istnienia i kariery, nie rozważał opcji zmiany w swoim idealnie zaprojektowanym życiu. Był jednym z tych toksycznych kawalerów kochających życie bez zobowiązań. Nowoczesnym Don Juanem. Taki nigdy się nie zwiąże. Alicia czuła się oszukana i prawie płakała mówiąc, że teraz, gdy wie jak Marc myśli, wszystko co się między nimi zdarzyło, nabiera zupełnie innego sensu. Chciałam wiedzieć czy są jeszcze razem. Praktycznie nie. Alicia wyjeżdża na tydzień do rodziny na południe by to przemyśleć i złapać dystans.

Byłam z Marc’iem w kontakcie, o czym Alicia nie wiedziała i miała się nigdy nie dowiedzieć. Wysyłałam mu swoje zdjęcia do oceny, a on jako profesjonalny fotograf, profesjonalnie je oceniał. Podobały mu się nadzwyczajnie i ponieważ wiedziałam, że wcale nie były aż takie dobre, jego pochwały traktowałam jako zaproszenie do romansu. Na razie nasz kontakt opierał się na pisaniu do siebie emaili. Ale teraz, gdy furtka się uchyliła, nie mogłam się powstrzymać, by nie wejść. Karmiłam swoje sumienie myślą, że nie robię nic złego i Alicia postąpiłaby dokładnie tak samo na moim miejscu. Ale tak naprawdę to była egoistyczna zachcianka oraz zwykłe świństwo.

Pewnego deszczowego wieczoru wysiadłam przed jego budynkiem. Marc żył w dużym lofcie w Tribece. W jednym z tych budynków, które składają się z jednopokojowych salonów. Taki dom egoistów z przekreślonym znakiem dzieci. Wolno wchodziłam na górę, gotowa w każdej chwili wycofać się. Czekałam na jakiś znak, na czarnego kota, albo nagłe trzęsienie ziemi. Nic się jednak nie wydarzyło.
Marc przywitał mnie ciepło, jak starą znajomą, choć widzieliśmy się wcześniej tylko raz. Kazał się rozgościć i nalać sobie wina, a on kończy ustawianie świateł na jutro. Rzuciłam mokrą kurtkę i torebkę na podłogę, zdjęłam buty i zaczęłam się przechadzać. Loft był dużym prostokątem. Jedna część zamieniona była na fotograficzne studio, na środku był skromnie urządzony salonowy pokój, a po przeciwnej stronie zaciemniona sypialnia. Za kuchnię robiła mikrofalówka, minilodówka i barek. Funkcjonalnie, symetrycznie i bez kobiecej ręki. Za to fantastycznie oświetlone. Na drewnianym przegrodzeniu wisiały czarnobiałe zdjęcia. Autopromocja. Głównie kobiety i kilka urbanistycznych pejsaży.
Pomiędzy fotografiami widzę Marca, klęczy na podłodze i coś naprawia. Ma gołe stopy. Wieczór jawi się delikatnie wyinscenizowany. Czułam się trochę jak Violet, która wchodzi pierwszy raz do Factory by uwieść, a trochę jak aktorka, która chce zmienić słabą soap operę w oscarowy dramat.
Czerwone wino stało w centralnym punkcie barku i prosiło się, żeby go nalać, ale dostrzegłam shaker i kilka składników na koktajl. Pomieszałam. Naprzeciwko mnie było wielkie okno. Podeszłam do swojego odbicia. Za oknem drgały w deszczu kontury miasta, moja sylwetka była nieruchoma.

Marc wchodzi do pokoju, nalewa sobie wina i siadamy na sofie. Mam nadzieję, że teraz w pełni przejmie inicjatywę, ale wydaje się być również niezdecydowany. Rozmowa się nie klei. Nad nami wisi duch Alicii. Wymieniamy ogólniki na temat Nowego Jorku. Marc opowiada jak wynajmował kolejne mieszkania i studia, i jak to lokum jest wreszcie idealne. Ja opowiadam jak wciąż chodzę na kompromisy. Metraż za lokalizację, cena za prywatność, dojazdy, ograniczenia i złe warunki. On mówi, że nadejdzie taki moment w moim życiu, że przestanę się godzić na kompromisy. Wyraźnie stara się postawić między nami barierę wieku i doświadczenia i wcale mi się to nie podoba. Przestałam być lolitą dawno temu. Zaczynam czuć się nieswojo i choć zarost na twarzy Marca wygląda bardzo seksownie, znów myślę o tym, żeby się wycofać. Marc pyta mnie czy chcę zjeść. Kłamię, że nie jestem głodna, choć zaczyna mnie już ssać z głodu. Marc też nie jest głodny i też chyba kłamie. Oboje się nagle podnosimy. On idzie dolać sobie wina, ja wędruję do łazienki.

Stoję przed lustrem i spokojnie do siebie mówię.
Pytanie: „Po coś tu przyszła?”
Odpowiedź: „Bo chciałam z Marc’iem być”.
Pytanie: „To czemu nie wypijesz szybko butelki wina i z nim nie będziesz?”
Odpowiedź: „Bo to jest bez sensu i on też o tym wie.”
„Więc idź do domu” – decyduje lustro.
Dostrzegam w łazience małe okno i podchodzę sprawdzić czy zmieściłabym się we framudze. Już kiedyś tak uciekałam. Ale wtedy miałam na sobie buty i miałam dziesięć lat mniej. Zdecydowanym ruchem otwieram drzwi. „Przyszłam tu po seks i bez seksu nie wychodzę” – postanawiam.

Wracam do salonu, ale Marca nie ma. Stoję bezradnie na środku i wreszcie słyszę jego śmiech ze studia. Patrzy na mnie rozbawiony, trzyma w ręku aparat. Podchodzę do niego, upijam mu wina i wchodzę w krąg światła. On zaczyna robić zdjęcia. Na pewno Marc w ten sposób uwodzi wszystkie kobiety, lecz nic mnie to nie obchodzi. Układam się w niewinnych pozach, jakby trudno mnie było uwieść. Szybko mi się jednak to pozowanie nudzi. Odbieram Marcowi Nikona i kieruję na niego obiektyw. Mogę mu się teraz dokładnie przyjrzeć. Marc jest dość brzydki z twarzy, co próbuje ukryć brodą oraz lawiną włosów, ale ma piękne ciało. Świetnie pozuje. Wreszcie czuję, że jesteśmy na swoich miejscach. Wtedy Marc nagle podchodzi do mnie, zabiera mi aparat i całuje mnie.

Magdalena Wypych - Nowy Jork u stóp

Brak komentarzy do wpisu “Nowy Jork u stóp (odc. 14)”

Zostaw odpowiedź

(wymagane)

(wymagany)