Strona główna » Magdalena Wypych - Nowy Jork u stóp » Nowy Jork u stóp (odc. 13)

Nowy Jork u stóp (odc. 13)

13. SEX AND THE CITY

Wracałam taksówką na Manhattan okropnym porankiem. Było nieprzezroczyście szaro i padał deszcz. Już dwa razy zmieniłam adres i kierowca spojrzał na mnie złym wzrokiem, gdy zmieniłam jeszcze raz. Chciałam gdzies jechać, coś zrobić, cokolwiek, co by odciągnęło moje myśli od niego, ale zrozumiałam, że nie umiałabym być nigdzie prócz domu.
Wyszłam, gdy jeszcze spał. Trochę jak złodziej, trochę jak masochista. Musiałam opuścić ciepło, udowodnić coś, ustawić pionek na polu zwycięzcy i teraz wracać tak szalenie przegrana. Przeklinałam mężczyzn, że nauczyli mnie tej gry. Może i jakieś Maneaters, które miały po mężczynach trawestowane uczucia, robiły to z lekkością i bez drugich myśli. Może ja też tak bym mogła, ale z nim było inaczej, zależało mi. I chciałam żeby to miało sens. I im bardziej ja chciałam, tym mniej on chciał i sens się oddalał. Wiedziałam, że w dniu, w którym wyznam mu miłość, rozstaniemy się. Przeszył mnie smutek, dociskając do szyby. Na zewnątrz było tak samo. Ulice wyglądały równie mizernie jak ja.

Weszłam do swojego pustego nowojorskiego mieszkania. Powiedzmy, mojego. I zrozumiałam nagle po co samotnym ludziom koty. Mogłabym teraz z takim kotem zjeść śniadanie na podłodze, wyjawić mu swoje myśli i powzdychać, że „tylko ty jeden mnie rozumiesz”.
Nigdy nie będę miała kota. Nie będę zrzucać na biedne istnienie swoich problemów. Chyba, że on też by miał swoje problemy. Mogłabym go wyrzucać na ulicę na noc. Wracalibyśmy oboje rano rozczarowani nocnym życiem i pili razem w mleko w porozumiewawczym milczeniu. Obiecałam sobie napisać o tym opowiadanie do jakiegoś podziemnego zina i zamiast mleka, zaparzyłam sobie kawy z Danielsem. Postanowiłam nie iść spać. Postanowiłam naprawić swoje życie.

O co chodziło facetom? Czemu nas nie chcieli? Czego się tak bali? Żyliśmy w wielomilionowym mieście, gdzie jest z czego wybierać i wszyscy są tacy najlepsi, ale to Miasto Samotnych, gdzie nie można znaleźć nic prawdziwego. Królowie wolnych związków. Wszyscy zepsuci. A ci niezepsuci, nowicjusze, nie nadawali się, bo nie byli tacy jak my, nie myśleli tak jak my, więc wracaliśmy do swoich. Do naszych gier, do przekonywania się, że nam nie zależy i że najlepiej jest być samemu. Że jesteśmy tak zajęci karierami, albo w ogóle przetrwaniem, że nie możemy się angażować. Więc pozostawały sporadyczne kontakty, które były jak torciki. Szybko zaspokajały głód, ale robiło się po nich w końcu niedobrze i wzmacniały ochotę na prawdziwe jedzenie. „Oferuję ci miłość – krzyczałam do niego w myślach – ale to nic dla ciebie nie znaczy, jeśli możesz mieć tylko ciało”.

Poszłam odszukać telefon, choć wiedziałam, że on nie zadzwoni. Telefon nie działał i nagle zrozumiałam jak bardzo zależę od tego kawałka metalu. Bez niego nie było mnie właściwie, nie istniałam. Nikt nie mógł mnie znaleźć, zlokalizować, byłam poza kryterium komunikacji. Na szczęście wystarczyło telefon naładować, by odzyskać kontakt ze światem. Świat upominał się o mnie w postaci dwóch wiadomości od osób, z którymi nie chciałam już rozmawiać. Producent, który zwodził mnie już drugi miesiąc, obiecując pracę, mówił coś o jakiejś gali, na której powinnam się pojawić. Miałam jego zabaw już dość. Pedro natomiast pytał jak się mam, sprawdzając czy jestem jeszcze na niego zła. Byłam.
„Co za idiotyzm taki dzień, co z nim zrobić?” – myślałam, obserwując strugi deszczu i parząc następną kawę. Usadowiłam się na grzejniku, pogrążyłam w myślach. A może nie było żadnej zmiany cywilizacyjnej? Może mężczyźni od zawsze chcieli wyłącznie seksu, kobiety deklaracji i to jest jak świat stare. Kobiety w końcu wynegocjowały instytucję małżenstwa, mężczyźni przepchnęli instytucję rozwodu. Teraz jednak dodatkowo nastąpiła wymiana ról społecznych. I po co było palić staniki? Kobiety muszą zachowywać się teraz jak mężczyźni, mężczyźni natomiast coraz wyraźniej niewieścieją. Geje zachowywali się już zupełnie jak małe dziewczynki. Sama chciałabym szczebiotać tak głupio jak oni, ciągle marudzić i chodzić ze zwichniętym kręgosłupem. Ale byłoby mi wstyd.

Robiło się coraz smutniej. Nie mogłam przestać o nim myśleć. Powtarzałam sobie, że muszę być cierpliwa. Że nie mogę oczekiwać zbyt wiele. Że są inne ważne sprawy. Ale wewnątrz odpowiadało: miłość jest najważniejsza, nie ma na co czekać, nie można tak grać. Jak mogłam pozwolić sobie tak idiotycznie się zakochać? Znowu w tym typie samca, który ciągle musi udowadniać, że samcem jest. Wzięłam rolę zakochanej, bo tylko taka pozostała. I chciałam ją jakoś nowocześnie odegrać. Uciekałam i goniłam zarazem, odwalając całą robotę. I tak scenariusz tej znajomości pisał przypadek. Przypadek spotkania się w czasie naszych gonitw w tym samym miejscu i czasie.

Nie było dziś mowy o żadnej pracy. Zadzwoniłam, że nie przyjdę. Victor się zmartwił, że jestem chora. Powinnam się spotkać z kimś innym. To mnie zwykle ratowało przed tęsknotą, pozwalało nie dzwonić przez jakiś czas. Jedynym zawsze dostępnym facetem był J. Pochodził z Miami i miał w sobie ten południowy ease, tak różny od zimnych mózgów Nowojorczyków. Czasami wydawał mi się zbyt południowy i zmuszałam się bagatelizować fakt, że kiedy dzwoniłam, od razu przechodził do rzeczy. Czy jest moja wpółlokatorka i jaką pozycję na dziś proponuję. Obruszałam się, tęskniąc za wyrafinowaniem i klasą, ale akceptowałam to, bo J dobrym kochankiem był. Istniał tylko w jednym kontekście, poza kontekstem do niego nie dzwoniłam. Dziś jednak miał mnie ratować przed cierpieniem miłosnym. Wszystko, czego teraz chciałam substytuowała mała kawiarenka z czerwonymi lampkami na stolikach, z kimś, kto nie był wciągnięty w moje kretyństwa.
J cieszy się, że się wreszcie odezwałam. Tłumaczę mu jego nową misję, ale nie rozumie po co mamy iść do kawiarni. Nie proszę się. Zamykam telefon.

Mogłam iść na dyskotekę gejowską, która mnie zawsze cieszyła. Mogłam iść na zakupy i puścić trochę kasy, co mnie zawsze uspokajało. Mogłam iść na happy hour i poznać kogoś równie zagubionego jak ja, co nigdy nie kończyło się dobrze. Mogłam zadzwonić do Londynu, gdzie, razem z resztą Polski, żyli moi przyjaciele. Ale nic nie mogłam. On ciągle istniał w moich myślach i pustoszył mi spokój. Jedynym rozwiązaniem, jakie przychodziło mi do głowy jako skuteczne, było zakochanie się w kimś innym. W kimś, w kim nie powinnam się zakochiwać. Jak w homeopatycznym leczeniu podobnym, na udrękę serca najlepsza była nowa udręka. W telefonie oddzielającym mnie od nicości, gdzieś w dziale wiadomości tekstowych, był skasowany numer. Wypiłam jeszcze trochę Danielsa na pochybel Maneaters i zadzwoniłam. Marc miał się dobrze i wyglądało na to, że miał ochotę łamać mi serce. Miał właśnie iść na lunch, ale jeśli przyjeżdżam, to zamówimy. I znowu znalazłam się w taksówce, w deszczu i w całym bezsensie kolejnej historii bez happy endu.

Magdalena Wypych - Nowy Jork u stóp

Brak komentarzy do wpisu “Nowy Jork u stóp (odc. 13)”

Zostaw odpowiedź

(wymagane)

(wymagany)