Strona główna » Magdalena Wypych - Nowy Jork u stóp » Nowy Jork u stóp (odc. 12)

Nowy Jork u stóp (odc. 12)

12. POKOLENIE SLASHÓW

Byliśmy Slashami. Z tytułami poszatkowanymi na wizytówkach. W filmie wyglądało to tak: Producent slash Asystent slash Reżyser slash Scenarzysta slash slash Grafik slash Montażysta ciach.

W takich czasach przyszło nam żyć, że musieliśmy wiele umieć, by przetrwać. Nie wiadomo było co może się przydać i kiedy, więc uczyliśmy się na wszelki wypadek wszystkiego. Jako nastolatki postmodernizmu byliśmy niezmordowani w wymyślaniu sposobów, by się sprzedać i zarobić na czynsz. Przyszłość ledwie istniała. Chcieliśmy tworzyć, opisywać i przyczyniać się do naszej rzeczywistości. I chyba baliśmy się podporządkować i oznaczyć. Nie chcieliśmy wstawać codziennie o tej godzinie do tej samej pracy. Tacy jak my istnieli zawsze, nasza epoka tym się różniła, że było szybciej i głupiej, poprzeczki były zawyżone a definicje rozszerzone. Każdy miał kilka talentów na sprzedaż, trzeba było tylko odkryć co i gdzie teraz skupują. Należało być lisem, lwem oraz psem na posyłki.

Slash
Przeciętna kariera Slasha zaczynała się od biegania po mieście o jednym kawałku pizzy: uczenia się. W czasie uczenia, oczywiście, nie zarabia się. Metody były dwie: szkoła albo praktyka. Szkoła była lepsza, bo można było popełniać błędy, ale ponieważ nie każdego było na nią stać, błędy popełniało się pracując za darmo. Najważniejsze było, by jak najwięcej się nauczyć. By potem samodzielnie i pewnie móc przeprowadzić swój pierwszy projekt od początku do końca.
Slash filmowy, który nie chce umrzeć z głodu, nim nakręci swój wymarzony film, ma cztery drogi: może spędzić życie na planach filmowych, awansując na kolejne pozycje; może pracować dla firmy produkcyjnej i pod kloszem kształcić talent; może zostać freelanserem i pracować nad projektami najpierw cudzymi jako cokolwiek; może kupić kamerę, znaleźć ekipę i kręcić filmiki. I przeciętny Slash chodzi tymi wszystkimi drogami w różnej kolejności. W zależności od kieszeniu i pory roku.

Slash
Więc pierwsza praca. Za doświadczenie. Za kontakty. Biegasz po mieście z pocztą, poznajesz adresy wielkich firm, jesteś najszybszą maszyną dostawczą. Potem pierwsza, obrażająca suma pieniędzy. Trzeba na to dużo pokory. Brak pracy. W końcu ktoś ci zaufał. Dajesz z siebie wszyskto. Płacą ci. Pojawiają się następne propozycje. Praca dla montażysty, ale musisz być też grafikiem i się uczysz. Ktoś cię z kimś poznaje. Zostajesz producentem przez znajomości oraz przypadek. Masz teraz więcej opcji. Jeszcze biegasz po planach, jeszcze wymieniasz się usługami, ale już znasz więcej ludzi. Twoja siatka kontaktów zaczyna kogoś interesować. Wymieniasz ją za posadę w firmie produkcyjnej. Pieniądze dają ci wiarę, że możesz wynająć przyjaciół z branży i zrobić film.

Slash
Praca na planie wymagała nie tylko dużej odporności fizycznej, ale i dużej wyobraźni. By móc sobie wyobrazić, że nie zawsze się będzie stać na mrozie i pilnować ciężarówki ze sprzętem. Że kiedyś się będzie wszystkim kierować. Aby wyreżyserować kiedyś własny film, należało zobaczyć, jak robią to inni. Na planach filmowych istniała rodzinna atmosfera, bo spędzanie ze sobą po trzynaście godzin dziennie odbierało nam jakiekolwiek inne życie i zastępowało wszystko.
Z rozczarowaniem odkrywa się, że na planie nie zdarza się nic kreatywnego, że to proces techniczny i odtwórczy, dokładnie wcześniej wymyślony i rozrysowany. Przeniesienie scenariusza i wizji reżysera na taśme filmową jest na tyle trudne, że może dojść do obcięcia wizji z powodów technicznych, rzadko jej rozszerzenie. Chodzi głównie o to, by zmieścić się w grafiku, czasie i w budżecie. Pracuje się więc trochę jak w fabryce. Zwykle twórczo pracuje około pięciu osób, podczas gdy reszta czeka.
Jednak w pracy nad filmem było coś uzależniającego. Jakieś poczucie przynależności do tej tymczasowej struktury, quasi-rzeczywistości. Udzielała się nam magia kina. I choć każdy zdrowo myślący człowiek wolałby reklamy, bo płacili dwa razy więcej za połowę krótszy dzień zdjęciowy, to większość wolała filmy.

Slash
Początki zawsze są trudne. Czasem mijało nawet i pół roku, nim pojawiał się jakiś sensowny projekt. I trzeba było coś w międzyczasie robić. Najlepsze imprezy były tam, gdzie byli ci, których pieniędzy lub współpracy pożądaliśmy. Słowo network rządziło światem i to nie tylko dlatego, że wszyscy ludzie są połączeni kablami, podłączeni do systemu i inwigilowani przez satelity. Znajomi, przyjaciele i i obcy z branży byli dostarczycielami prac i należało mówic o sobie głośno, bo nigdy nie było wiadomo skąd nadejdzie następna praca. „A- list” w telefonie była rzeczą najważniejszą. Lista ciągle się zmieniała, kurczyła i należało się podłączać do sieci innych osób. Faceci chodzili ze sobą pić, kobiety chodziły z facetami. Wszyscy, nawet najbardziej doświadczeni, robili od czasu do czasu komuś przysługi, pracując za darmo. Przysługi były zawsze oddawane i zwykle się opłacało.

Slash 1
Matt przyszedł do naszej firmy jako budowniczy konstrukcji do reklamówki. Był wegetarianinem i od razu zaczęliśmy się rozumieć. Nie umiał powiedzieć co konkretnie robi. Rzucił, że często chodzi z kamerą. Od razu wyczułam, że jest Slashem. Kiedy konstrukcje zostały zbudowane, Matt zaczął głośno opowiadać o swoich sukcesach w montażu. Po kilku dniach dali mu na próbę projekt, którego nikt się nie chciał podjąć. MTV przysłało kilka kaset nowego show, które wyło nudą i zidioceniem rasy ludzkiej, w tym przypadku rasy czarnej. Miał z tego zmontować zwiastun, który przekona producentów, że to absolutny hit. Zmontował i przekonał, choć samo show nie przetrwało czwartego odcinka. Będąc już trochę zadomowionym w firmie, Matt zaczął kręcić się wokół reżysera obrazu (DP) i jego nowej kamery. Po miesiącu był już jego oficjalnym asystentem, a DP nie rozumiał jak mógł bez Matta żyć. Ów DP wziął go kiedyś ze sobą na jakiś plan, gdzie Matt poznał pewnego producenta. Po jakimś czasie został on producentem pierwszego filmu Matta.

Slash 2
Do dziś znam numer D na pamięć, bo milion razy go wystukiwałam i podawałam innym. D był rozrywany, bo na wszystkim się znał. Pracowaliśmy razem przez rok. W tym czasie naprawiał komputery, wkręcał żarówki, montował reklamówki, był kierownikiem produkcji i ustawiał światła na planie. Robił to wszystko, choć był operatorem. W międzyczasie, wykorzystując sprzęt z firmy, D kręcił krótkometrażówki o rewolucji. Potem się zwolnił, oznajmiając swojej kobiecie, że odtąd będzie pracował wyłącznie jako operator i przez jakiś czas mogą być biedni. Żeby ją pocieszyć, kupił dwa bilety na Bahama. Po powrocie zaczął wysyłac wszędzie swój reel, chodzić na spotkania i szukać pracy przez znajomych, nie przyniosło to jednak żadnych rezultatów. Po pewnym czasie któryś z filmowców polecił go firmie luźno związanej z filmem. D zaczął tam wkręcać żarówki i naprawiać komputery, a gdy się już na nim poznano, został kierownikiem działu. Jego marzenia rozpłynęły się w oparach rzeczywistości, zresztą miał teraz bardzo mało czasu by marzyć. Dwa lata później utalentowany D wciąż jest kierownikiem działu, przytył i przestał myśleć o rewolucji. Wiem, że któregoś dnia wszystko rzuci i wyjedzie do LA by walczyć od nowa.
Ciach

Magdalena Wypych - Nowy Jork u stóp

Brak komentarzy do wpisu “Nowy Jork u stóp (odc. 12)”

Zostaw odpowiedź

(wymagane)

(wymagany)