Strona główna » Barbara Piórkowska - Szklanka na pająki » Szklanka na pająki (odc. 11)

Szklanka na pająki (odc. 11)

Były to bowiem momenty, w których kobiecość dziadka ulegała dla mnie zachwianiu i przestawałam rozumieć porządek rzeczy w naszej rodzinie.
Całe szczęście za Borutą i swoim mężem do mieszkania docierała też Helena. Więc spokojnie, we czwórkę, razem z babką, a bez matki, która nadal tkwiła zapatrzona w konie na ląży, siadali w kuchni i popijali herbatę. Babka wyjmowała reprezentacyjny zestaw szklanek, takich z metalową ruchomą obudową, nastawiała wodę w czajniku, sypała brązowy granulat i zalewała go wrzątkiem. Na powierzchni płynu robił się biały osad, ale nikomu to nie przeszkadzało, bo herbatę tylko tej jakości w ogóle można było kupić.
W takiej chwili ja stawałam oko w oko z wcieleniem Lucyfera na ziemi. Boruta chwilę łasił się do nóg domowników, a potem uciekał mnie straszyć zza firanki w pokoju. Zależnie od nastroju na przemian kamieniałam, zamieniałam się w cichy słup soli lub w drzewo kołyszące gałęziami. Palce dłoni stawały się gałęziami, kiedy w strachu nimi poruszałam. Aż pewnego dnia, pełnego światła z balkonu i świergoczących wróbli, pacnęłam psa w głowę tak mocno, że aż z zaskoczenia usiadł. Od tego momentu pokochaliśmy się z siłą owego uderzenia i nasze zabawy cechowała większa ilość ruchu.
Gdzieś także wtedy właśnie zachorowała babka.
Z rąk zaczęły jej wypadać sztućce, talerze i inne naczynia kuchenne. Niedokładnie zbierała kurz ze sterylnych dotąd powierzchni regału. Szminka z kącików ust uciekała jej najpierw delikatnie, potem coraz ostrzej, poza wyznaczone rejony. Drżały nawet potrawy, jakie przygotowywała na niedzielny obiad.
Wkrótce choroba babki rozedrgała mieszkanie przy ulicy Rybackiej do tego stopnia, że obraz hipodromu w oknie stał się bardzo niewyraźny. Tak rozmazany, jakbyśmy mieszkali w towarzystwie czynnego wulkanu albo w obszarze stałych ruchów sejsmicznych.
Matka zniechęcona ruchomym krajobrazem wróciła po raz drugi.
Wrócił też ojciec, ale nic nie mówił. Był to czas, kiedy w sklepach nie można już było kupić mięsa, więc stołował się w wojskowej kantynie. Po południu czytał. Gazetnik napęczniał w tym okresie wyjątkowo, ponieważ babka wyrzucała pisma nie tak daleko, jak niegdyś. Drżenie rąk pozwalało jej trafiać najdalej w okolice parapetu. Wczołgiwałam się niekiedy pod stertę makulatury i czekałam, aż ojciec mnie tam znajdzie. Po jakimś czasie przychodził z kolacją dziadek i budził mnie odwijając z kolejnych stron papieru, umazaną farbą drukarską, z odciśniętymi na buzi tytułami artykułów.

Barbara Piórkowska - Szklanka na pająki

Brak komentarzy do wpisu “Szklanka na pająki (odc. 11)”

Zostaw odpowiedź

(wymagane)

(wymagany)