Strona główna » Leszek Biały - Źródło Mamerkusa » Źródło Mamerkusa (odc. 56)

Źródło Mamerkusa (odc. 56)

Słysząc to, przypadł do moich kolan. Odpędziłem go gestem zdrowej ręki.
– Jestem wolny?! Oby Allah ci to wynagrodził, panie! – wykrzyknął zdumiony, kłaniając mi się do samej ziemi. – A zatem nie wybierasz się już do Ziemi Świętej?!
– Yusufie! – załamałem się. – Czy ty naprawdę nie rozumiesz, co się stało?! Zostałem ekskomunikowany, odsunięty od sakramentów, jestem wyrzutkiem, banitą, złoczyńcą gorszym od Jasia Monstrancji i nie ma już dla mnie życia ani na tym, ani na tamtym świecie! Po co miałbym jechać do Ziemi Świętej?! Cóż mi po skarbach całej ziemi, skoro jeszcze tej nocy mogą zażądać duszy mojej?! Od dzisiaj liczy się tylko pokuta, a pokutować można wszędzie. Dziękuję ci za wszystko, przyjacielu. Niech Bóg doprowadzi cię bezpiecznie do domu i obyś miał lepszą pamięć od twoich przodków!
Wówczas zapytał mnie z wyrzutem:
– Czyżbyś w to wątpił, panie?
– Nie, chciałbym tylko, żebyś skończył lepiej niż oni.
Przyglądał mi się przez chwilę, a potem oświadczył zdecydowanie:
– Nie, panie. Nie zapomnę tego, co dla mnie zrobiłeś. Do Al-Andalus mogę wrócić za parę dni, kiedy nie będę ci już potrzebny. Na razie zostaję, bo z tą raną będą jeszcze kłopoty. I nie smuć się. Pamiętaj, że Bóg jest nad każdą rzeczą wszechwładny.
– Jak chcesz – odpowiedziałem. – Ale od tej pory nie wolno ci nosić turbanu ani modlić się przy ludziach, a przede wszystkim wdawać się z nimi w dysputy.
– Dobrze, postaram się. Lecz i ty pamiętaj, że od tej pory nie możesz mi niczego zakazywać. Czyż nie zwróciłeś mi przed chwilą wolności? – uśmiechnął się szeroko.
A potem ruszyliśmy dalej i przez kilka dni kluczyliśmy lasami, omijając z daleka ludzkie siedziby. Yusuf miał rację. Moje ramię spuchło tak bardzo, że nie mieściło się już w rękawie koszuli, zaś ból i gorączka odbierały mi chwilami przytomność. Kiedy w końcu spadłem z siodła i potłukłem się dotkliwie, Yusuf zadecydował, że trzeba mnie koniecznie położyć do łóżka i skierował konie do najbliższego miasteczka, którego nazwy nie mam ochoty sobie przypominać, gdzie wynajął kwaterę i otoczył mnie najczulszą pod słońcem opieką.
Mój stan był tak zły, że przeleżałem parę dni jak nieżywy. Potem zacząłem powoli powracać do zdrowia, ale wciąż byłem zbyt słaby, by móc zjeść samodzielnie choćby łyżkę strawy. Karmił mnie więc Yusuf, z tą samą cierpliwością, z jaką mnie mył, golił, przebierał i sporządzał dla mnie przeróżne mikstury. Któregoś z owych dni, zapytał mnie wprost, jakich to skarbów zamierzałem szukać w Ziemi Świętej. Po krótkim namyśle uznałem, że nie ma żadnego powodu, dla którego nie miałbym zaspokoić jego ciekawości, więc powtórzyłem mu wszystko, co słyszałem o Źródle od Mamerkusa. Mój były sługa słuchał mnie z wypiekami na twarzy, a kiedy skończyłem, wykrzyknął rozgorączkowany:
– El Latino mówił prawdę! Ja też słyszałem o tym Źródle! Emesa to chyba dzisiejszy Hims i rzeczywiście jest tam niedaleko pustynia. Naprawdę nie masz zamiaru go szukać?!
– Nie, Yusufie, w każdym razie nie teraz. Dusza jest ważniejsza.
– To prawda – przyznał niechętnie, kręcąc z żalu głową. – Ale taka okazja trafia się raz na milion albo jeszcze rzadziej! Czy ów Rzymianin nie określił bliżej, gdzie się to Źródło znajduje?
– Miał sobie przypomnieć, ale już nie zdążył – westchnąłem. – Ja również widziałem w tym główny szkopuł, dopóki się tam jeszcze wybierałem.
– Trudno, i tak je znajdę! – oznajmił z determinacją.
– Ty? – zdziwiłem się. – To już nie wracasz do Al-Andalus?
– A po co? Nie sądzisz, panie, że i mnie Źródło mogłoby się do czegoś przydać?
– Masz rację – przypomniałem sobie o jego kalectwie. – Życzę ci więc powodzenia. Kiedy zamierzasz ruszyć w drogę?
– Za tydzień albo dwa, jak całkiem wydobrzejesz.
Wtedy szybko zmieniłem temat, żeby nie spostrzegł, jak bardzo mu zazdroszczę.
Wreszcie, po kilku dalszych dniach rekonwalescencji, udało mi się zrobić parę kroków o własnych siłach. Na ten widok Yusuf nie posiadał się z radości.
– Panie! – zawołał. – Byłbyś najczarniejszym niewdzięcznikiem, gdybyś nie podziękował za to z całego serca Temu, który roztacza opiekę, a sam żadnej opieki nie potrzebuje. Chwała niech będzie Temu, który daje życie i powoduje śmierć!
– Słusznie, Yusufie – przyznałem uchwyciwszy się zydla dla podtrzymania równowagi. – Chwała Bogu na wysokościach! Jak tylko będę trochę silniejszy, zaraz pokłonię się Mu w kościele, bo z pewnością jest tu jakiś kościół. Ale dziękuję także tobie, przyjacielu.
Machnął lekceważąco ręką, chociaż pokraśniał z dumy jak dziecko.

Leszek Biały - Źródło Mamerkusa

Brak komentarzy do wpisu “Źródło Mamerkusa (odc. 56)”

Zostaw odpowiedź

(wymagane)

(wymagany)