Strona główna » Marek Gaszyński - Teoria zbrodni uprawnionej » Teoria zbrodni uprawnionej (odc. 35)

Teoria zbrodni uprawnionej (odc. 35)

Doktór mówił dalej:
– Jesteś w naszym szpitalu już pięć lat, tak samo długo jak ja. Ja przyszedłem w grudniu 1960 roku, tuż przed Świętami Bożego Narodzenia, ty dzień później. Byłeś bardzo chory, teraz powoli wracasz do zdrowia. Jesteś naszym najstarszym pacjentem, nikt tak długo nie leżał u nas. Cały czas jesteś na oddziale intensywnej terapii, teraz ten respirator jest odłączony, ale bardzo długo pomagał ci oddychać. Na razie nie będę ci mówił na co chorowałeś, ale nie przerażaj się, już z tego wychodzisz, choć czeka cie jeszcze kilka zabiegów i jedna poważna operacja. Przez blisko 5 lat byłeś w comie. To jest śpiączka, stan utraty przytomności, brak świadomości siebie i otoczenia, niemożność reagowania na bodźce zewnętrzne, po prostu śpiączka. Twój mózg, twój organizm zaczął reagować normalnie dopiero od kilku dni. Wracasz do siebie, wracasz do zdrowia.
Norbert zamknął oczy, głos ucichł i już się nie odzywał. Musiał to przetrawić w sobie, musiał odpocząć: to wszystko, co usłyszał, to było dla niego za dużo jak na jeden raz.
Wszyscy wyszli z pokoju, zgasło światło; leżał w ciszy i ciemności. Pięć lat spał, to chyba długo, nie wiedział ile czasu normalnie się śpi. „Wracasz do zdrowia”: to znaczy, że był chory, ale na co, na głowę, na nogi? Na głowę na pewno, i ta głowa najbardziej mu teraz przeszkadzała w myśleniu. Ale gdy ruszał innymi częściami ciała – nogami, rękami, całym ciałem, to też go wszystko bolało. Najlepiej było gdy leżał spokojnie, wtedy ból uciekał.
Mijały dnie i noce, tygodnie, pewnie miesiące też. Leżał na łóżku, otwierał i zamykał oczy, coraz częściej do niego mówiono, jeden język rozumiał, drugiego nie, ale się uczył, uczył się przez słuchanie, bo żadnych lekcji nie miał, choć coraz częściej mówiło się o nim, że potrzebuje lekcji angielskiego. Gdy lekarz do niego mówił, otwierał oczy, gdy nie chciał słuchać, zamykał. Ciągle coś przy nim robiono: myto go, przesuwano jego lóżko, przenoszono go na inne, rozbierano, ubierano, czyszczono mu zęby, czesano go, strzyżono mu włosy, pobierano mu krew, zaglądano mu w oczy i w uszy, podłączano do jakiejś aparatury, miał kroplówki, jeździł na różne zabiegi.
Ciągle do niego mówiono, żądano by on do nich mówił, ale na razie nie miał nic do powiedzenia, prócz tego, że go boli, ale o tym nie chciał mówić, bo wiedział, że musi boleć. Czasem tylko wyrwało mu się jakieś westchnienie, czy stęknięcie.
Słyszał coraz lepiej – początkowo każde stuknięcie metalu o metal, przenoszenie narzędzi, uderzenie sztućców, wszystko to było strasznie głośne, ale potem już ucichło, i te same dźwięki już go tak nie raziły. Najpierw się krzywił przez te hałasy, i wtedy naturalnie wszyscy to rozumieli i cichli, a potem już było lepiej. To samo ze światłem – to które go raziło, potem przestało razić, było normalne.
Ciągle odwiedzali go jacyś ludzie, ale nikogo nie znał, nikogo wcześniej nie widział. Niebawem zaczął się do niektórych ludzi przyzwyczajać, poznawał ich i na ogół cieszył się z ich przyjścia, choć tej radości nie pokazywał, bo jak? I tylko raz jeszcze zobaczył w szpitalu tę sylwetkę, która na niego podniosła rękę.
To było w pewien zimowy dzień, za oknem spadł śnieg i okno było szczelnie zamknięte, by się nie przeziębił. Obudził się nagle w wielkiej ciszy, w której jak zawsze wędrował po swoim wszechświecie. Skrzypnęły drzwi – te same, które zawsze miał przed sobą, naprzeciwko. Otworzył oczy, panował mrok, pobłyskiwały jakieś światełka przy aparaturze, która go otaczała. Znał te wszystkie widoki od dawna, to znaczy od momentu, kiedy po raz pierwszy otworzył oczy. Ktoś stał w drzwiach. Zawsze wszyscy, którzy chcieli wejść do jego pokoju, najpierw pukali, i potem już bez zaproszenia z jego strony – bo przecież nie mówił – wchodzili. A ta osoba weszła bez pukania. To była znajoma sylwetka, jedyna, którą poznał i zapamiętał, nie tylko z tego poprzedniego razu w szpitalu ale w ogóle ten obraz pamiętał. Duża głowa, wielkie ciało, odstające uszy, długie ręce. Jedna z nich znowu podniosła do góry jakiś pręt, kij, nie, to nie był kij, to było coś grubego, masywnego, ciężkiego. I ta sylwetka z podniesioną ręką, zbliżała się do niego w nocy. Doskonale sobie przypomniał, że już ten obrazek widział: pokój, on i ta sylwetka. Poprzednio się bał, teraz też trochę, ale już znacznie mniej. Chciał się ręką przed nią zasłonić, ale gdy zamknął oczy, to sylwetka natychmiast zniknęła, rozmyła się w powietrzu. Czuł, że on jeszcze przyjdzie nieraz, ale bał się go już znacznie mniej, bo wiedział, że gdy zamknie oczy, niebezpieczeństwo zniknie.

Marek Gaszyński - Teoria zbrodni uprawnionej

Brak komentarzy do wpisu “Teoria zbrodni uprawnionej (odc. 35)”

Zostaw odpowiedź

(wymagane)

(wymagany)