Strona główna » Marek Gaszyński - Teoria zbrodni uprawnionej » Teoria zbrodni uprawnionej (odc. 31)

Teoria zbrodni uprawnionej (odc. 31)

Czuł się teraz tak, jakby z tych wszystkich okien, mimo, że było ciemno, patrzyli na niego ludzie, jak na clowna na arenie. Na razie stał przy oknie, bał się wyjść i stanąć na środku podwórka. Nie miał jednak innego wyjścia, więc po chwili wyszedł z cienia – w spodniach i białej koszuli, która w świetle księżyca wyjątkowo jasną plamą rzucała się w oczy. To był ten sam księżyc, który spoglądał na niego i na Agnieszkę na Mokotowskiej, gdy mówili sobie wiersze. Kiedy to było – wydawało mu się, że tak dawno… Nie mógł jednak tak stać i zastanawiać się nad minionymi dniami i nocami, nie mógł cofnąć się do swojej piwnicy, bo droga prowadziła go tylko w jedną stronę. Więc ruszył w kierunku tej wjazdowej bramy, prawie naprzeciwko miejsca, w którym teraz stał. Gdy zajrzał w jej tunel, zobaczył że na jego końcu nie ma żadnego światełka – brama była zamknięta. Ale i tak był to jedyny kierunek, w jakim mógł się udać, jedyne otwarte wyjście. Idąc pod ścianami sprawdzał czy drzwi prowadzące z podwórka są zamknięte – niestety były. Szedł, a właściwie skradał się i nie wiedział co zrobić ze swoja białą koszulą – była bardzo widoczna, ale nie chciał jej się pozbyć, bo jednak trochę go chroniła od wieczornego chłodu jesieni. Stał przed tunelem, wszedł tam i doszedł do bramy wjazdowej. Była zamknięta – duża, kuta brama żeliwna z szerokimi skrzydłami otwieranymi na zewnątrz. Nie było z niej żadnego innego wyjścia, żadnej małej furtki, widać ludzie wchodzili z zewnątrz drzwiami głównymi, prowadzącymi z ulicy: to był wjazd tylko dla samochodów. Naciskał te drzwi, macał klamkę, próbował nią poruszać. Wszystko było nieźle utrzymane, klamka nie chrobotała, nic nie skrzypiało. Ale był zamknięty i nie miał szans, by bramę otworzyć bez klucza.
W tunelu wjazdowym były jedne drzwi wejściowe, uchylone, pół otwarte – więc przynajmniej to było dobre. Natomiast niepokojące było to, że zza tych drzwi widać było światło, prowadziły one do pomieszczenia, w którym są ludzie, bo przecież ktoś w tym gmachu musiał być. Uchylił te drzwi lekko, nie zapiszczały, uchylił mocniej, wsadził głowę. To było wejście na klatkę schodową. Schody prowadziły na górę, na piętro, na którym również widać było światło żarówki. Na wprost prowadziły kolejne, uchylone drzwi.
Stał w ciemności. Miał dwie drogi: albo schodami do góry, i tam w jakimś ciemnym pokoju szukać okna, które otworzy i z niego skoczy na ulicę. Albo iść przed siebie, sprawdzić co jest w pokojach na parterze, i tam szukać wyjścia. Zastanawiał się, stojąc w ciemności i w pełnej ciszy.
Nagle usłyszał, że coś zaczęło się zsuwać we wnęce pod schodami, coś się zsuwało z pewnej wysokości, a potem spadło i uderzyło w podłogę. Przeszył go strachem ten nagły dźwięk, po plecach przeleciały mu dreszcze. Gdy znów zapanowała cisza, z ciemności wyszedł duży, czarny kot, spojrzał na niego okrągłymi, ciekawymi oczami, które zmrużył w świetle, pochylił głowę, jakby chciał coś powiedzieć, a potem powoli, majestatycznie, z wyprężonym ogonem ruszył w kierunku szpary jaśniejącej światłem, jakby go tam zapraszał. Musiał iść za kotem; nie było innej drogi ku wolności, trzeba szukać drzwi, które się dadzą otworzyć i wypuszczą go na zewnątrz, na ulicę, przy której stała ta kamienica.
Pchnął lekko drzwi, otworzył je cicho, na tyle tylko, by mógł się przez nie przecisnąć, najpierw głowę, która zajrzała do środka, stwierdziła, że jest pusto, a potem całe ciało.
Wszedł, stanął i poczuł się jeszcze bardziej goły, bo stał teraz w pełnym świetle jasnej żarówki, spoglądającej na niego bez żadnych osłonek. Stał w pełnym świetle i nie miał gdzie się przed nim ukryć. W pokoju było prawie pusto; pod jedną ścianą stała metalowa szafa, otwarta, więc widział, że jest pusta, tylko z jakimiś paroma papierami w środku. Pod dwiema pozostałymi ścianami stały sporej wielkości biurka z odsuniętymi od nich krzesłami. Biurka były też puste, uprzątnięte, niczego na nich nie było. Trzecia ściana to było okno zasłonięte długą kolorową zasłoną, i stało przy tym oknie krzesło. Nie było tam więcej nic. Naprzeciwko tych drzwi, którymi się przecisnął, były następne, równie lekko uchylone drzwi do kolejnego pokoju.
Czy ktoś tam był? Wydawało mu się, że tak, ale nie miał pewności, czy ten ktoś był w sąsiednim pokoju, czy w jeszcze następnym, bo odgłosy były stłumione – to były jakieś pochrząkiwania, pokasływania, skrzypienie krzesła, ciche kroki. W każdym razie nikt nic nie mówił, odgłosy były przytłumione, czasem ktoś stęknął, przesunął coś. Po chwili zapanowała cisza, ale nawet w tej ciszy wiadomo było, że ktoś tam jednak jest.

Marek Gaszyński - Teoria zbrodni uprawnionej

Brak komentarzy do wpisu “Teoria zbrodni uprawnionej (odc. 31)”

Zostaw odpowiedź

(wymagane)

(wymagany)