Strona główna » Magdalena Wypych - Nowy Jork u stóp » Nowy Jork u stóp (odc. 10)

Nowy Jork u stóp (odc. 10)

10. PERFECT MARTINI

Nazywali mnie dziewczyną, która przyrządza idealne martini. W jednym z tych prawdziwych barów, który będąc w centrum, aspirował do rangi przedmieścia.

Gdy pierwszy raz tam weszłam, poczułam, że staję oko w oko z definicją baru. Tak właśnie bar był winien wyglądać. Mrok miał kolor czerwony, z lekka śmierdziało oraz niewymuszone, naturalne dekoracje. Powstawały gdy przypinano coś ścianom i wisiało, póki nie odpadło. Na stołkach barowych kiwali się artyści oraz menele. Nie dało się odróżnić kto jest kim. Za to jasnym było, że niewiele się w Barze zmieniło od czasów gdy menele byli jeszcze hipisami. W starym jukeboxie królował Johnny Cash. W oknach wisiały firanki z czasów firanek. W ogóle nic nie przypominało o upływie czasu, co świetnie sprzyjało piciu. Alkohol był tani, a promocje i gratisy zależały od barmanów. Panowała jakaś naturalna logika rzeczy. Im częściej przychodzisz, tym większe masz przywileje. Im więcej pijesz, tym mniej płacisz. Pili tu ludzie z problemami. Długo stałam i chłonęłam tę atmosferę. I uzmysłowiłam sobie, że nie wystarczy przerobić tego na literaturę. To należało przeżyć. Musiałam tu pracować.

I mam w sobie jakaś kosmicznie przyrodzoną determinację, a może odziedziczyłam ją, jak resztę dziwnych rzeczy, po dziadku, która sprawia, że spełniają mi się marzenia. Byleby dać im trochę czasu i nie wybrzydzać w szczegółach. Tak więc owej wiosny stanęłam za barem i zaczęłam rozpijać towarzystwo.
Dopiero po pewnym czasie spostrzegłam, że inaczej się tu ubieram i inaczej się zachowuje, w ogóle jestem w Barze jakaś inna. Utożsamiłam się, zintegrowałam, zmężniałam. Bar nadał mi własne cechy. To nie był jeden z tych barów-cyrków, w których dotąd pracowałam i przestałam nosić głębokie dekolty, nalewać obiema rękami i doskonalić sztukę niezderzania się z drugą barmanką w półbiegu. Nauczyłam się dobrze miksować oraz słuchać. Nie komentować i nie udzielać przemądrzałych porad, słuchać.

Lubiłam ich. Najbardziej tych, co przychodzili sami. Usadawiali się, zamawiali, gapili dookola lub obierali tylko jeden punkt i istnieli. Starałam się, by czuli się jak w domu. Bo o to generalnie chodziło. Żeby być poza domem, ale w miejscu, które dom zastępuje. Być częścią jakiejś struktury, przynależeć, przeżywać swoją samotność wśród ludzi. Doceniałam, że nie udawali, że robią coś, prócz picia, innego. Siedzieli i na nikogo nie czekali. Może jeszcze myśleli. Nawiązywałam z nimi czasem głupawe dialogi na przykład o tym czy bary wymyślili kowboje. Albo dlaczego w barach wiszą lustra.
Szczególnie w dni deszczu Bar zmieniał się w teatr jednego aktora. Ja siedziałam na lodówce, a po drugiej stronie zmieniali się po kolei aktorzy i deklamowali swoje monodramy. Potrzebowali opowiedzieć komuś swoje historie. Coś zrobili źle i dręczyło ich, więc mówili o tym po kilka razy, by całkiem to z siebie wyrzucić. Lekarstwa było pod dostatkiem. Było gorzkie i korespondowało ze stanem wewnętrznym pacjenta.

Stałam po drugiej stronie, ale nie czułam się przez to wcale lepsza. Czułam się tak samo. I rozumiałam ich. Rozumiałam zarówno tych, co nie wiedzieli, lecz czuli, że tak trzeba, jak i tych, którzy wszystko wiedzieli i chcieli przez chwilę wiedzieć mniej. Byli też przypadkowi, pojawiali się na chwilę i bali się określić, więc pili z tego nieokreślenia. Oceniałam ich po tym co pili. Od razu rozpoznawałam typ klasyczny: tanie piwo i drogi shot. Inny typ jechał na pięciu piwach, jeszcze inny pił wyłącznie single malts z czwartej półki. Ceniłam sobie też dziewczyny, które wpadały na jednego na odwagę. Często w drodze „na rozmowę” ze swoimi konkurentami, którzy już nie konkurowali i chcieli się wywinąć od odpowiedzialności za rozkochanie. Jeśli laska wracała potem sama i gorzka, miała u mnie tłumienie bólu za darmo. Plus psychoterapia podporowa. Bo mi też się wywijali.

Nigdy nie pytałam pijących, jak robi to wielu barmanów „are you ok?” Bo nie jest się ok, gdy jest się w barze. Pytałam „another one?” I chyba za to mnie lubili. I za martini, udawało mi się wymierzyć doskonale. Cieszyłam się gdy klientela wracała. Bo generalnie Bar tworzyli stali bywalcy. Najbardziej regularnym z regulars był Larry. Mieszkał na chodniku blisko baru i uważał, że należy mu się jedna szklanka piwa dziennie. Też uważałam, że mu się należy i nalewałam, nie kłócąc się o zasady. Zasada była jedna i nauczyłam się jej podróżując po Egipcie: bogaci powinni się dzielić bogactwem z biednymi. I kropka. Jasne, że „ja napierdalam nadgodziny podczas gdy on śpi i jeszcze mam się z nim dzielić”, ale to jest mój bratni obowiązek dzielić się tym, co posiadam. Więc nalewałam biednym, a bogaci nadpłacali. Szerzyłam sprawiedliwość społeczną.
Przed północą przychodzili ci, co musieli dorabiać w restauracjach i przepijali napiwki. Byli zwykle bardzo zmęczeni i sfrustrowani i opowiadali o karierach, które im średnio idą, a czynsz trzeba płacić. Tłumaczyłam im, że takie prace uszlachetniają i uczą pokory. I że każdy powinien przez to przejść. Powiedział mi tak pewien sześćdziesięciolatek, któremu serwowałam kiedyś francuskie naleśniki. Miał z wyglądu rację.
Po północy przychodzili pisarze i muzycy, którzy borykali się ze swoimi dziełami i katalizowali się alkoholem. Inwestowali w siebie na rano. Bo jak każdy artysta doskonale wie, najbardziej kreatywnym jest się na kacu. Przychodzili też polityczni i próbowali wciągać wszystkich w bezpłodne dyskusje. Potem przychodzili lunatycy. Will był moim ulubionym lunatykiem, bo z branży. Nie mógł usnąć, gdyż pracował za dużo. Był kierownikiem dekoracji, i jak to w filmie, pracował po trzynaście godzin. I nawet gdy miał dzień wolny, budził się już po pięciu godzinach. Bardzo lubiłam Willa, chyba się nawet w nim lekko podkochiwałam. Pojawiał się, przegrawszy walkę ze snem, jak duch, zawsze o tej samej porze i miał dla mnie zawsze jakąś historyjkę z planu. Dostawał piwo w najlepszej szklance.
W najlepszych szklankach pili też zawsze Polacy. Wpadali na piwo i promocje. I rozczulali mnie. Najpierw standardowe śledztwo: skąd jestem, ile już w Stanach garuję i gdzie mieszkam. Czy czasem nie mam za dobrze. Ale gdy już się napili, byli fajni.
Około trzeciej nad ranem przychodzili Francuzi oraz pijane końcówki imprez. Nie wiem co było gorsze. Raczej końcówki, bo były nieprzewidywalne. Do dumnych Francuzów, co na wszystko patrzą z góry i muszą, w przeciwieństwie do Amerykanów, mieć powód, by się uśmiechnąć, z czasem się przyzwyczaiłam. Francuzi pracowali gdzieś w pobliżu i wpadali co noc. Wyrzekali się nazwy „Francuzi”, mówiąc o sobie „Paryżanie”. Musieli być z pierwszych czterech arrondissements Paryża, sądząc po hojności. Albo z ostatnich dwóch, sądząc po zwyczajach.
Najlepiej w Barze robiło się tuż przed zamknięciem. Wszyscy się już ze sobą przyjaźnili. Różne narodowości i grupy etniczne nawzajem sobie kupowały drinki. Panowała tak miła atmosfera, że wesoło wracała happy hour. Klarowala się wyraźna grupa, która walczyła do końca i którą nazywałam „dream team”. Gdy wyrzucałam ich o czwartej z Baru, przybijali mi piątki w drzwiach, jak po wygranym meczu. Zwyciężyli. Znów nie pokonał ich bar.

Magdalena Wypych - Nowy Jork u stóp

Brak komentarzy do wpisu “Nowy Jork u stóp (odc. 10)”

Zostaw odpowiedź

(wymagane)

(wymagany)