Strona główna » Marek Gaszyński - Teoria zbrodni uprawnionej » Teoria zbrodni uprawnionej (odc. 30)

Teoria zbrodni uprawnionej (odc. 30)

Usiadł, zaczął myśleć. Spojrzał na wiaderko, które miało metalowy uchwyt, pałąk przymocowany śrubami, które ze starości były obluzowane i rozchwiane. Scyzorykiem odkręcił te dwie śruby i oto miał w rękach pałąk. Podłożył znów wiaderko pod nogi, stanął na nim i próbował ten pałąk o coś zaczepić. W końcu dało mu się przeciągnąć go pod deską, i trzymając pałąk obiema rękami mocno pociągnął, zapierając się przy tym nogami o ścianę – sam przy tym wygiął się niemal jak ten pałąk. Deska trochę puściła, trochę się poruszyła, dała nieco luzu. Ucieszył się, ale w tym samym momencie pałąk pękł, a on poleciał na plecy na ziemię. Kot by się w powietrzu obrócił na cztery łapy ale on tak nie potrafił i ciężko spadł na beton. Ręka wzięła na siebie cały ciężar, myślał, że ją złamał, ale na szczęście tylko stłukł. Znów pomógł mu trening na macie.
Skoro deska trochę ustąpiła, to może jednak puści, pomyślał sobie. Teraz trzeba było trochę w desce podłubać w okolicy jednego z gwoździ, którymi była przybita do innych desek. Podskoczył i zauważył, że są tylko dwa gwoździe. Miał do dyspozycji tylko dwa kawałki pałąka i scyzoryk, niestety z bardzo cienkim ostrzem. Gdyby ono się złamało, nie miałby w zasadzie już żadnej broni.
Postanowił więc dłubać przy desce pałąkami. Znów powtórzył te same czynności – wiaderko do ściany, manewrowanie na nim i balansowanie, żeby nie spaść, łapanie równowagi z wyciągniętymi w górę ramionami, próba chwytu, najpierw za okienny próg a potem za deskę. Wymacał palcami gwóźdź, i w tym samym momencie pałąk spadł mu na ziemię. Więc wszystko zaczynał od początku. Wreszcie trafił zaostrzoną końcówką pałąka w okolice gwoździa i zaczął pomalutku, bo przed sobą miał tylko ścianę, dłubać w przy nim. Poleciało trochę drewna, przy gwoździu pojawiło się maleńkie zagłębienie i z tego zagłębienia wynurzyła się metalowa główka. Wystarczyło ją podważyć i po sprawie. Tylko nie miał żadnej dźwigni, by oprzeć o nią pałąk. Więc do jednej ręki wziął jedną połówkę pałąka, do drugiej – drugą, ich końcówki wbił z obu stron gwoździa, pociągnął. Najpierw gwóźdź trzymał, ale po chwili Norbert poczuł, że lekko się wysuwa. Już był blisko – powtórzył całą operację od początku. Pałąki już miały więcej miejsca wokół gwoździa i zanim ponownie spadły na ziemie, wysunęły gwóźdź tak, że wystawał on z deski chyba na połowę swej długości. Teraz musiał pilnować, żeby gwóźdź się nie zagiął, bo wtedy na pewno nie wyszedłby z deski: musiał być prosty. Wziął do ręki obie połówki pałąka – z jednej ich strony była część środkowa, która pękła, ale z drugiej – tam gdzie pałąk był przymocowany śrubkami do wiaderka – były dziurki. O ile dobrze mu się zdawało, te dziurki mogły pasować do główki gwoździa. Znów wiaderko pod ścianę, balans, ręce do góry, połówki pałąka do deski, przymiarka – dziurka wchodzi, i to dość ciasno, teraz trzeba włożyć drugą dziurkę w gwóźdź. Wie, że ma tylko jeden ruch, tylko jedną szansę, bo cienkie okolice dziurki mogą łatwo pęknąć. Musi być bardzo precyzyjny, jeden krótki, mocny ruch, zdecydowane pociągnięcie. Ramiona mdleją, dziurki nadal trzymają gwóźdź – zapiera się jedną nogą o ścianę, wiaderko się przewraca, ale nie jest mu już potrzebne, bo druga noga też jest już na ścianie, maksymalnie zgina grzbiet, aż do bólu, jednym ruchem prostuje plecy i wyciąga gwóźdź z deski..Leci na ziemie, ale widzi z satysfakcją, że deska wisi pionowo, trzymając się tylko jednego gwoździa.
Każdy z nas ma w sobie coś takiego, co pozwala mu wierzyć, że zło zamieni się dobro, że na końcu tunelu będzie światełko, że wyjdzie z choroby, że nie zostanie sam, że ktoś daruje mu winy, że czeka go nagroda za dobre wyniki, a złe zostaną mu wybaczone. I ta zwisająca na jednym gwoździu deska była dla Norberta takim właśnie czymś, co się nazywa nadzieja. Od tego momentu zaczął myśleć, że się z tego jakoś wykaraska.
Z następnymi deskami poszło już łatwo – po poluzowaniu pierwszej, kolejne puściły po paru minutach mocowania się z nimi. Stał teraz na dole – u stóp miał wiadro i deski, a nad głową światełko nadziei na drogę do wolności, i chciał jak najszybciej ruszyć w tę drogę.
Okienko dało się otworzyć przy pomocy małej klameczki, otworzyło się na zewnątrz i od razu powiało świeżym powietrzem. Ciągnęło go tam. Z trudem, bo jednak nie miał żadnego oparcia pod nogi podciągnął się na rękach i już siedział na górze. Nie było jeszcze widać co jest za oknem, choć księżyc świecił swoją połówką. Zamknął oczy i głową do przodu zaczął się przeciskać. Gdy już był prawie na zewnątrz, otworzył oczy.
Czegoś takiego się nie spodziewał, i poczuł się tak, jakby w sam środek pleców kopnął go koń. Okno z piwnicy wychodziło na małe, kwadratowe podwórko, z czterech stron otoczone czterema wysokimi na cztery piętra ścianami. Było to normalne kamieniczne podwórko z wjazdem dla samochodu, z półokrągłym sklepieniem i wąskim tunelem prowadzącym do wjazdu z ulicy. W każdej ścianie były drzwi które prowadziły do środka budynku, teraz zamknięte, zapewne na klucz, w każdym razie widać, że dawno nie były używane. Na poziomie piwnic wszędzie dookoła były po trzy okienka, takie jak to, z którego wyszedł, a nad nimi widać było okna pozamykane, ciemne, nie oświetlone. Światła paliły się tylko w dwóch oknach, w skrzydle naprzeciw niego, na poziomie parteru i na pierwszym piętrze. Ściany były gołe, bez żadnych balkonów, ani nawet rynien.

Marek Gaszyński - Teoria zbrodni uprawnionej

Brak komentarzy do wpisu “Teoria zbrodni uprawnionej (odc. 30)”

Zostaw odpowiedź

(wymagane)

(wymagany)