Strona główna » Leszek Biały - Źródło Mamerkusa » Źródło Mamerkusa (odc. 31)

Źródło Mamerkusa (odc. 31)

– Widzę, Yusufie, że twój przodek Zaid miał głowę na karku i zaszedł bardzo wysoko. Gratuluję! – stwierdziłem ze szczerym uznaniem.
– Zaid? Nie, panie, moim przodkiem nie był Zaid, tylko ów młodzik w stroju z sakiewek, a na imię miał Yahya, Yahya Ibn Omar. Studiował wtedy w Kordobie, a Zaid wynajął go tego dnia za dwa dirhamy. Po tej przygodzie Yahya przekonał się, że z poezji można dobrze żyć i postanowił też zostać poetą. I jak postanowił, tak zrobił.
– Znasz jakieś jego wiersze?
– Tylko parę, bo chociaż ułożył ich kilka dywanów, wszystkie zostały spalone z wyroku kadiego.
– A to dlaczego? – zdziwiłem się.
– Dlatego, że był strasznym niedowiarkiem, co zresztą nikomu nie przeszkadzało, dopóki pisał tylko takie wiersze, jak choćby ten:

W noc równie ciemną, jak jej piękne oczy,
Podczołgałem się do niej, kiedy straże spały,
„Odejdź!” – rzekła z lękiem, ja: „Przestań się droczyć!
Nie wiesz, że to miłość włada światem całym?”
Broniła się jeszcze, lecz takim sposobem,
Żeby, broń Boże, nikogo nie zbudzić,
A gdy noc zasnęła i dzień podniósł głowę,
Byłem najszczęśliwszym spośród wszystkich ludzi.

Albo inny utwór, w którym Yahya drwił sobie z pewnego bogacza, co odmówił mu paru dinarów na wydanie wierszy:

Musa Ibn Yezid to zwolennik Lota:
Ma w dupie wszystko, co wielkie i wzniosłe.

A nawet ten, który znała na pamięć cała Kordoba:

Nie spieszno mi, Panie, do Twojego raju:
Tu też mam w bród hurys i złotego wina.

Niestety, mój przodek Yahya pisał również wiersze w których pozwalał sobie podważać święte zasady prawdziwej religii, a nawet samą wiarę jako taką, i poniósł za to zasłużoną karę. Jedyny z tych utworów, jaki się zachował – i oby Ten, przed którym nie ma żadnej ucieczki, wybaczył mi, że ci go przytoczę! – brzmiał mniej więcej tak:

Czy to Bóg w nas wszczepił miłość do Boskości,
Gdy stwarzał Adama, jak głoszą uczeni,
Czy też ową miłość i obiekt miłości,
Zrodziła samotność naszych serc na ziemi,
Nie da się rozstrzygnąć. Tak jak nie wiadomo,
Co było wcześniej – drzewo czy nasiono?

– Rzeczywiście wstrętny niedowiarek!
– Bez wątpienia, panie, ale dobry poeta. W więzieniu, gdzie zmarł z melancholii za panowania Hixema III, pisał już wyłącznie o przemijaniu:
Czerń moich włosów zraniła siwizna
Na znak, że już wkrótce śmierć zrani me serce.
Sam jestem ciekaw, czy wówczas też wyznam,
Że kochałem życie – własnego mordercę?

– Domyślam się, że ów Yahya Ibn Omar także miał syna?
– Jakże by inaczej, panie, nawet paru. Najmłodszym był Abulcasim, mój ojciec, niech Bóg się za niego modli i da mu zdrowie! On także parał się piórem, choć nie uprawiał czystej poezji. Ponieważ był bystry od maleńkości, to właśnie on odziedziczył po ojcu ogromną bibliotekę, którą uzupełniał przez całe życie, zaś pieniądze na ten cel zdobywał pisaniem listów. Potrafił pisać wspaniałe listy na każdą okazję: świąt, objęcia tronu, zaślubin, wypowiedzenia bądź zakończenia wojny, narodzin dziecka, awansu, rozstania lub pojednania się z kochanką, odprawienia żony, czyjejś śmierci, skrócenia wyroku, a nawet utraty urzędu. Jego listy zamawiali emirowie, wezyrowie, szejkowie, kadi, wysocy urzędnicy dworu, prawnicy, teologowie i uczeni różnej specjalności, zaś niektóre z nich weszły do rozmaitych zbiorów i podręczników epistolografii. Posłuchaj na przykład tego, w którym zwraca się do pewnej damy:
„Pani, wypatrywałem Twojego listu niczym Idris raju, niczym dusza sprawiedliwa Dnia Rozliczenia, niczym grzesznik otwarcia winiarni i niczym kupiec z Mekki karawany Persów! Aż wreszcie nadszedł, pachnący piżmem i wonnościami, sprawiając mi większą radość niż rozbłysk świtu temu, kto nocą przemierza samotnie góry! Twój list jest jak święta woda ze studni Zamzam, lecząca dusze i wskrzeszająca umarłych! Po jego otrzymaniu chciałem podzielić się moim szczęściem z całym światem i wykrzyczeć jego treść z najwyższego minaretu w mieście, jednak w ostatniej chwili powstrzymała mnie przed tym krokiem resztka rozsądku. Gdyby bowiem blask Twojego listu rozjaśnił publicznie niebo, zbędne stałyby się i Słońce, i Księżyc, i gwiazdy, i komety, a gdyby żar bijący z Twoich namiętnych słów rozgrzał do czerwoności powietrze, wnet wyparowałyby bez śladu wszystkie rzeki, morza i oceany, zaś ziemie zamieszkane przez wiernych i niewiernych zamieniłyby się od razu w jałową pustynię! Pamiętaj, musimy być bardzo dyskretni, moja ukochana, bo ciąży na nas wielka odpowiedzialność! Piszmy do siebie jak najwięcej czułych listów – wprost drżę z niecierpliwości, by dostać następny! – ale z litości nad ludźmi i światem, czyńmy to w najgłębszej tajemnicy, zwłaszcza przed Twoim mężem, albowiem oszczędzając innym zbytecznej zgryzoty, oszczędzamy jej również samym sobie. Radziłbym ci także, Pani, obserwować baczniej swojego małżonka, bo kiedy lew odsłania zęby, to niekoniecznie chce ziewnąć lub się uśmiechnąć…” – i tak dalej, i tak dalej, przez trzy bite strony! Albo posłuchaj, panie, tego, który był odpowiedzią pewnego sekretarza na list, jaki otrzymał od swego zwierzchnika:
„Panie! Twój list jest jak stare wino, rozkoszne w smaku, zapachu i barwie. Radość z jego otrzymania jest tak ogromna, że mogą od niej pękać co wrażliwsze serca. Dlatego, zanim przystąpiłem do łamania Twej świętej pieczęci, przywdziałem na siebie mój śmiertelny całun, lecz w trakcie lektury myślałem już tylko o tym, by nie zalać łzami szczęścia Twych bezcennych liter. O Panie, który prostujesz ścieżki podwładnych i przywracasz w nich zatarte ślady religii! Jakże mnie ucieszyło i uradowało wszystko o czym piszesz, wszystko to, w czym Allah zechciał Ci dopomóc i pozwolił Ci odnieść kolejne zwycięstwo! Jakże mnie uszczęśliwiła wiadomość, że jesteś zdrowy i że Allah obdarza Cię swoją łaską, nie przestając ani przez chwilę spełniać Twoich mądrych planów i chwalebnych życzeń! Wiedz Panie, że modlę się codziennie o to, aby raczył Ci darować jak najdłuższe życie, mnie zaś pozwolił być zawsze gotowym na Twoje rozkazy i zakazy, ponieważ, jak przystało na wiernego sługę, dzielę najpokorniej wszystkie Twoje sprawy i troszczę się o nie dużo bardziej niż o własne dzieci. Niechaj największą nagrodą za moje oddanie będzie dla mnie Twój następny list, gdyż w przeciwieństwie do kozy, o której powiadają, że nabiera tłuszczu tylko od pokarmu i nie utuczą jej nigdy żadne miłe słowa, mnie wystarczy za całe pożywienie kilka łaskawych zdań skreślonych Twą wszechmocną ręką, gdyż to od nich tyję, rosnę i rozkwitam.” Prawda, że to piękne?

Leszek Biały - Źródło Mamerkusa

Brak komentarzy do wpisu “Źródło Mamerkusa (odc. 31)”

Zostaw odpowiedź

(wymagane)

(wymagany)