Teufel (odc. 24)

Rozdział 5.

Gabinet Franza Thiedtke znajdował się na drugim piętrze neorenesansowej kamienicy, w której swoją siedzibę miało prezydium gdańskiej policji, w końcu chłodnego korytarza o wysokich, łukowatych sklepieniach. Z dużego okna podzielonego szachownicą kwadratowych szybek rozciągał się widok na zielony skwer znajdujący się po zachodniej stronie Karenwall, na przeciętą torami tramwajowymi ulicę i ogrodzony murem plac, za którym widać było jeszcze resztki rozbieranej od maja Wielkiej Synagogi. Na murze ktoś namalował napis: „Przybądź, kochany maju, i uwolnij nas od Żydów”. Rozkrzyczani chłopcy z Hitlerjugend zatrzymywali się przed nim i przerzucali przez mur zbierane z ulicy kamyki, które z głuchym stukotem odbijały się od zalegających po drugiej stronie gruzów. Gdy zza rogu prezydium wyłaniał się patrol policji, ze śmiechem uciekali w stronę Langgassetor. Patrząc na opadające z hukiem rozbijających się cegieł wieże, które wieńczyły frontową ścianę świątyni, na pokryte wersetami z Biblii kikuty ścian, które wbijały się ostro w błękitne niebo nad miastem, na kolorowy deszcz drobnych szkiełek z wielkiego witrażu uformowanego w ażurową gwiazdę Dawida, który umieszczono nad wejściem, komisarz myślał o Moritzu Rosenfeldzie. Ten szczupły, wysoki mężczyzna o łagodnym spojrzeniu mieszkał ze swoją piękną, czarnowłosą żoną Sarą i dwójką dorastających dzieci w mieszkaniu na pierwszym piętrze kamienicy przy Kohlenmarkt, w której Franz Thiedke z Waltraud zajmowali przestronne, trzypokojowe mieszkanie na trzecim piętrze. Rosenfeldowie, wówczas młode małżeństwo zaledwie miesiąc po ślubie, wprowadzili się do eleganckiego apartamentu, kiedy Danzig stał w obliczu zbliżających się zmian obejmujących całą uwalniającą się od Wielkiej Wojny Europę. Franz Thiedke, wówczas podkomisarz pruskiej policji, z uwagą śledził rozgrywające się daleko od miasta wydarzenia, które miały wpłynąć na jego przyszłość. Orędzie amerykańskiego prezydenta Wilsona, którego stopa nigdy nie dotknęła gdańskiej ziemi, a który z Polakami rozmawiał o przyłączeniu Danzig do powstającego państwa polskiego, poruszyło wszystkich mieszkańców miasta, od sprzedawcy w sklepie kolonialnym znajdującym się naprzeciwko kamienicy, w której mieszkał z Waltraud, po samego Oberbürgmeistra Heinricha Scholtza. Moritz Rosenfeld, kiedy zamieszkał z młodą żoną przy Kohlenmarkt, nie orientował się w lokalnych problemach Danzig. Jego rodzina pochodziła z Lubeki, gdzie ojciec Moritza był szanowanym kupcem, a przez jedną kadencję pełnił nawet funkcję senatora. To wówczas poznał kupca zbożowego Thomasa Manna oraz jego piękną kreolską żonę Julię. Rodzice Moritza utrzymywali kontakty z Julią i jej dziećmi nawet po śmierci Thomasa, gdy rodzina przeprowadziła się do dalekiego Monachium. Gdy w październikowy poranek roku dwudziestego dziewiątego gazeta „Danziger Zeitung” napisała, że literackiego Nobla otrzymał młodszy syn Thomasa, Moritz z mokrymi od łez oczami przybiegł do mieszkania Franza Thiedtke, by pokazać mu zdjęcie człowieka, który na fotografii stojącej na biedermeierowskiej komodzie w salonie państwa Rosenfeldów siedział w wiklinowym fotelu obok Moritza na tle drewnianego domu z niebieskimi okiennicami. Moritz Rosenfeld do Danzig sprowadził się po ślubie z Sarą Hirsch, córką fabrykanta z Langfuhr spokrewnioną od strony matki z Lesserem Giełdzińskim, po którym najwyraźniej odziedziczyła zamiłowanie do zbierania wszystkiego co spowodowało, że duże jasne mieszkanie, które zajęli z Moritzem, gdy ten, nagrodzony Krzyżem Żelaznym za męstwo pod Tannenbergiem, oświadczył się i pojął ją za żonę, szybko zamieniło się w pełną wdzięku rupieciarnię.
Z kamienicy przy Kohlenmarkt Franz Thiedtke w ciągu kilku minut przechodził do prezydium policji. Do Wielkiej Synagogi było nawet bliżej. Choć Moritz i Sara nie byli przesadnie wierzący, obchodzili żydowskie święta i bywali w synagodze przy Am Reitbahn, a Franz i Waltraud kilka razy zasiadali z nimi do szabasowej kolacji. Moritz awansował w fabryce, która należała do ojca Sary, by w końcu zostać jej właścicielem; urodziły się dzieci i Rosenfeldowie prowadzili spokojny, mieszczański żywot, jakich wiele było w tym mieście. Pierwszy cień na twarzy Moritza pojawił się w marcu trzydziestego trzeciego. Początek kwietnia naznaczył jego twarz pierwszą bruzdą, które odtąd pojawiały się na szczęśliwym wcześniej obliczu z każdym napisem „Jude” nabazgranym na sklepowych witrynach, z każdym dźwiękiem tłuczonej na ulicy szyby, z każdym okrzykiem hitlerowskich szturmowców maszerujących zwartym szeregiem po Kohlenmarkt. Rankiem dziesiątego listopada trzydziestego ósmego, gdy Moritz wrócił z Wielkiej Synagogi, gdzie zamiast modłów pełnił wartę razem z innymi członkami gdańskiej gminy w obawie, by nie spotkało jej to, co stało się tej nocy z synagogą w Zoppot, która nie rozsypała się jak kryształowy żyrandol, lecz spaliła jak zwykłe polano, jego twarz w niczym nie przypominała już twarzy Mo­ritza Rosenfelda, który po przeprowadzce do Danzig chciał bronić miasta przed polskimi zakusami amerykańskiego prezydenta Wilsona i na wiecach organizowanych na gdańskich ulicach jesienią roku osiemnastego krzyczał: „Ręce precz od Danzig”, co wykorzystał później w swojej odezwie przysłany z Berlina Oberbürgmeister Sahm.

Izabela Żukowska - Teufel

Brak komentarzy do wpisu “Teufel (odc. 24)”

Zostaw odpowiedź

(wymagane)

(wymagany)