Teufel (odc. 22)

Tego dnia, gdy Marianna tak bardzo wzburzyła się listem od matki, Lotte nie widziała jej więcej. Marianna przez Ewę odprawiła ją wcześniej do domu, ale Lotte, zamiast od razu wrócić do mieszkania w zaułku Schusterhof, całe popołudnie spędziła, spacerując po przykrytych drobnym śniegiem ulicach i zastanawiając się, dlaczego ten list wyprowadził Mariannę z równowagi. Usiłowała przypomnieć sobie, czy słyszała kiedykolwiek o Die Dreigroschenoper, ale pamiętała tylko, że czytała kiedyś w „Danziger Neueste Nachrichten” o planach wystawienia sztuki w Staatstheater, choć ostatecznie chyba nic z tego nie wyszło, bo nie widziała jej na afiszach. Kim byli Bertolt i Kurt? Czy matka Marianny zadawała się w Berlinie z komunistami, a może, tu Lotte poczuła zimny dreszcz biegnący po plecach, aż wzdrygnęła się z odrazą, z Żydami? Bo przecież to oni wyjeżdżali teraz z Berlina, Monachium i Hamburga, niosąc w świat przesłanie o niemieckich uprzedzeniach, choć Georg Meier czytając w niedzielne poranki „Der Stürmer”, mruczał pod nosem, że wreszcie zdrowy niemiecki naród pozbędzie się żydowskich liszajów.
Następnego dnia nie było śladu po tej chwili wzburzenia, tak jak nigdy nie było znać po Mariannie ponurych chwil zamierzonego odosobnienia. Przywitała Lotte z uśmiechem i obejmując ją ramieniem oznajmiła, że była nadzwyczaj zadowolona z pomocy, której udzielała jej jako asystentka, więc postanowiła przyjąć ją, Lotte Meier, córkę sztauera znad Motlau i sparaliżowanej po wypadku przed Victoriaschule Liselotte z domu Guttke, na stałe do pracy w charakterze asystentki do wszystkiego. Z tej okazji wypłaciła jej nawet małą premię, którą Lotte przyjęła z wdzięcznością, choć cieszyła ją przede wszystkim posada i zadowolenie Marianny.
Od momentu, gdy Lotte została stałą asystentką Marianny, jej pozycja w domu Walewiczów znacznie wzrosła. Zjawiała się w domu przy Breitgasse każdego ranka o dziewiątej. Ojciec Marianny, wysoki, przystojny mężczyzna po pięćdziesiątce, o pięknie ukształtowanej czaszce, co uwydatniała łysina, która pozbawiła go niemal wszystkich włosów, pozostawiając tylko nieznaczne resztki na potylicy, dotąd niemal nie zauważał cichej asystentki swej córki. Kiedy Lotte została przyjęta na stałe, Marian Walewicz nie tylko dostrzegł mijaną w korytarzu mieszkania skromnie ubraną dziewczynę, ale z czasem zaczął nawet uśmiechać się do niej przyjaźnie, by w końcu zacząć wdawać się w krótkie rozmowy, zrazu ograniczające się do uwag o pogodzie, by wreszcie przejść do bardziej osobistej, choć zawsze uprzejmej wymiany zdań. Bo Marian Walewicz, którego rodzinne korzenie sięgały czasów, kiedy miasto istniało jeszcze na prawie lubeckim, był mężczyzną dystyngowanym i powściągliwym. Jego przodkowie przez wieki zajmowali się drobnym handlem, a jeden z nich pojawił się nawet w kronikach kramarza Jakuba Lubbe. Ale to były odległe czasy, o których sam Marian Walewicz nigdy nie rozmyślał, choć lubił w sobie tę pewność własnego miejsca na ziemi, która pozwalała jego przodkom przetrwać od czasów krzyżackich aż po te zimowe dni roku trzydziestego trzeciego. Na Jopengasse prowadził popularny wśród zamożnych kolekcjonerów sklep z gdańskimi antykami, w Zoppot zaś przy Seestrasse otworzył filię antykwariatu, by jego kufle, biżuterię z bursztynu, ozdobne lampy, delikatne precjoza i porcelanowe figurki, albumy z fotografiami miasta i wreszcie ciężkie gdańskie szafy jako mniej lub bardziej wystawne pamiątki z kuracji mogli kupować goście, którzy przybywali tu licznie, by zażywać morskich kąpieli pod czerwonymi kopułami zakładu leczniczego zbudowanego w miejscu przed wiekiem wybranym przez doktora Haffnera, przystojnego chirurga z Alzacji, którego przybycie i osiedlenie się miasto zawdzięczało samemu cesarzowi Francji Napoleonowi. Kuracjusze przyjeżdżali tu także po to, by słuchać koncertów Orkiestry Uzdrowiskowej pod batutą Hansa Lenzera i Karla Groscha w nadmorskim parku, oglądać kwiatowe corsa i zawody sportowe, kibicować rajdom samochodowym i podziwiać żaglowce na wodach zatoki, wreszcie odwiedzać słynną na całą Europę Waldopern Zoppot z jej inscenizacjami Walkirii, Zygfryda czy Lohengrina, a po wieczornych spektaklach próbować emocji hazardu w kasynie.

Izabela Żukowska - Teufel

Brak komentarzy do wpisu “Teufel (odc. 22)”

Zostaw odpowiedź

(wymagane)

(wymagany)