Strona główna » Witold Horwath - Panna Wina » Panna Wina (odc. 31)

Panna Wina (odc. 31)

I PRZEJECHAŁY OBOK DYSKOTEKI, GDZIE SIĘ BAWIŁAM,
anonsowane dźwiękiem syren, który zmieszał się nagle z gitarowym duetem Slasha i Izzy Stradlina, więc reptiles podeszli ze swoimi pannami do okna, ja zaś, pełna złych przeczuć, wybiegłam na ulicę i stojąc przy krawężniku liczyłam, ile przelatuje, pięć, sześć, siedem, krótka przerwa i jeszcze dwa, a potem zobaczyłam jak sznurek świateł skręca w oddali w lewo, czyli zjeżdża z Alei w Gaj Świętych i już byłam prawie pewna, że tej nocy Bibi zaliczył porażkę, dlatego nie wróciłam po dyskotece do domu, tylko poszłam spać do Juanity, która niedawno pobrała się ze swoim felczerem i zamieszkali razem na Rybackiej, niedaleko portu, i tam rano z radia dowiedziałam się o nieudanym napadzie na dwóch biznesmenów z Cordoby i aresztowaniu sprawców, oczywiście był wśród nich Barnabas Massena, jego nazwisko jako jedyne wymieniono, moja siostra przeżegnała się, „Boże, Laura, jakie to szczęście, że ty się już z tego wyplątałaś”, a mnie łzy normalnie stanęły w oczach, tak mi się żal zrobiło kochanej, naiwnej Juanity, ale nie wyprowadziłam jej całkiem z błędu, tylko powiedziałam, że na wszelki wypadek wyjadę na miesiąc, dwa do Panamy, bo po co mają mnie ciągać na przesłuchania, „jasne, lepiej zniknij teraz policji z oczu, nie warto cierpieć przez łobuza” i wyjęła spod prześcieradeł w bieliźniarce sto dolców, żebym miała na bilet i pierwsze dni, „potem ci wyślę więcej przez Western Union, jak wezmę wypłatę”, lecz moja podróż skończyła się w Villa Azteca, gdzie przed wejściem do portu czatowali już tajniacy, którzy od razu zauważyli mnie w tłumie zmierzającym na prom; wyrwałam się im, dopadłam ogrodzenia przystani i przeskoczyłam na plażę, biegłam w kierunku klifu, słysząc za sobą złowrogie: stój, bo strzelam, i zaraz spełnili groźbę, był huk i świst, huk i świst, a wtedy ta druga, mądrzejsza Laura zdyszanym głosem szepnęła: nie warto, mała, więc już u stóp klifu poddałam się i oparta plecami o urwisko patrzyłam, jak idą po mnie plażą, tyralierą chyba w dziesięciu, dystans skracał się, a ja oddychałam głęboko i odpoczywałam po biegu.

ZA PÓŁ GODZINY JUŻ MNIE PRZESŁUCHIWAŁ PABLO MEDINA
wraz z pomagierem, który na dany znak chwytał mnie za włosy i targał nimi aż ściany i meble rozpadały się na kawałki skaczące mi w nieładzie przed oczami; przez zakratowane okno słyszałam śpiew ulicznego grajka i gwar młodzieży zebranej nad fontanną, i wiedziałam, że gdybym nawet zaczęła krzyczeć i szlochać, nikt tam na dole by nie współczuł; wszak nieraz niósł się z okien komendy krzyk i szloch a ludzie na Plaza del Castillo podnosili wtedy głowę, mruczeli: dobrze, z takimi trzeba ostro, i wracali do swoich zajęć, ufni w sprawiedliwość sędziego Aznara, swego niekoronowanego króla, którego nadworny siepacz, kapitan Medina, katuje aresztantów w północnym skrzydle zamku, a potem półprzytomnych, skrwawionych odstawia do baszty, gdzie na wewnętrznych podestach, służących dawniej za stanowiska artylerii, pomontowano klatki z hartowanych, różowych prętów; i każdy z przesłuchiwanych modlił się, żeby już znaleźć się w swojej klatce, paść na prycze i mimo bólu przespać kilka godzin do następnej rundy, bo Medina, jako rasowy oprawca, dręczył również bezsennością.
Muszę być sprawiedliwa: te najgorsze rzeczy, łącznie z kopaniem prądem spotykały tylko facetów; laski najwyżej, tak jak mnie, ciągano za kudły albo traktowano gumową pałą, częściej zresztą strasząc niż naprawdę bijąc, zwykle podczas przesłuchań przez godzinę musiałam stać pochylona, dłońmi oparta o krzesło lub klęczeć z rękami na karku, czołem dotykając podłogi, a na biurku pana władzy obok stopera leżała solidna „lola” vel „banan”, jednak razów dostawałam niewiele, w sumie jak na lekarstwo, góra pięć na całą sesję, „a nie lepiej, żebym ściągnęła spodnie?”, spytałam po którymś szczególnie mocnym, „bardziej by bolało”, uśmiechnęłam się w swoim stylu, choć z trudem powstrzymywałam łzy, tak piekł tyłek, normalnie jak polany ukropem, a przesłuchiwał mnie tego dnia pryszczaty chłopaczyna, chyba świeżo po szkole policyjnej, i zauważyłam, że nieźle go mój tekst speszył, „dobra, dobra, a potem poskarżysz się sędziemu i wylecę z roboty”, burknął z rozbrajającą szczerością, co mnie, pamiętam, strasznie rozbawiło, ten smutek w jego głosie, że nie może bić na gołkę. Wiedziałam już wtedy od strażniczki i współwięźniarek, że sędzia Aznar faktycznie wprowadził dla lasek taryfę ulgową, więc gliniarze musieli się do niej stosować, i tylko głośno klęli, że taka-owaka-pierdolona nie mam fiuta, bo chętnie popieściliby go elektrodami albo zapalniczką, a największe niezadowolenie z tego powodu wyrażał kapral Pereira, daleki kuzyn mojej matki, wielki, zwalisty bamber o twarzy pooranej ospą, który miesiąc później wykonywał na mnie wyrok.


„Panna Wina” jest już w sprzedaży!
Książkę można kupić m.in. w Empiku i Merlinie

Witold Horwath - Panna Wina

Brak komentarzy do wpisu “Panna Wina (odc. 31)”

Zostaw odpowiedź

(wymagane)

(wymagany)