Strona główna » Witold Horwath - Panna Wina » Panna Wina (odc. 28)

Panna Wina (odc. 28)

– Tak – odparł, najpierw przez sekundę speszony tym gestem, a zaraz potem ośmielony do tego stopnia, że zaprosił mnie na kolację, a ja zgodziłam się pod warunkiem, że najpierw pojedziemy do Gaju Świętych, tam mieszkają w hotelu moi starzy, u których dla porządku powinnam się zameldować na chwilkę, bo od rana wybyłam i pewnie się martwią, czy żyję.
– A nie zatrzymają cię w areszcie domowym? – niby to zażartował, lecz naprawdę – zaniepokoił się. Przeklęci rodzice mogli faktycznie nie wypuścić córeczki z pokoju, a wtedy nici z dymanka.
– Co pan? Ja jestem wolna dziewczyna i oni to już dwa lata temu uszanowali. Zero zakazów – uśmiechnęłam się do mojego chudego Kanadyjczyka z triumfem wyzwolonej gówniary. To był bardzo miły, przyjemny facet. Nie macał, nie wygadywał świństw, przez całą drogę ciekawie opowiadał o amatorskich filmach, którymi się pasjonował i nakręcił ich na kopy na wszystkich kontynentach, a najwięcej w Afryce.
I tylko niepotrzebnie zaczął potem bluzgać po hiszpańsku i rzucać najgorszymi wyzwiskami, bo Bibi jest na punkcie honoru przewrażliwiony, więc spuścił mu zdrowy wpierdol, pięścią i z buta, Esteban i Carlos poprawili, a na koniec ja też dałam kilka razy po ryju, ale płaską dłonią, bo inaczej nie potrafię bić, to znaczy potrafię, tylko na ogół nie mam serca.
Później Carlos odstawił kabriolet na prom, a ja z Bibim i Estebanem wpadłam do pizzerii przy Alei Pacyfiku, nowej, dopiero przed miesiącem zbudowanej trasie, z dwunitkową jezdnią i latarniami zamieniającymi noc w dzień, która od śródmieścia Granada del Mar, prawie od samego zamku, biegła środkiem wyspy na jej zachodni brzeg, oczywiście szerokim łukiem jak dzielnicę trędowatych omijając Podzamcze. Jedliśmy pizza americana, popijając czerwonym, kalifornijskim winem i zastanawialiśmy się, jak to będzie w Panamie: lepiej, gorzej czy tak samo, i doszliśmy do wniosku, że wystarczy jeśli tak samo, skoro tu przez niecałe dwa tygodnie trafiliśmy na pięciu akcjach ponad dwadzieścia tysięcy baksów, z czego połowę zgarnął Bibi, a resztę podzielił tak, że ja dostałam najwięcej, aż pięć koła, ale nikt, żaden z chłopaków nie protestował, nawet jego brat, bo rozumieli, że beze mnie gówno by zrobili, więc gdybym była bezczelna, mogłabym żądać większej działki i też by mi dali, bo skąd wzięliby inną laskę, która tak nawija po angielsku, ale ja nie umiem być bezczelna wobec kumpli, a za takich ich wtedy uważałam. Esteban rył, że najlepsze jajco będzie, jak jeszcze raz ćwikniemy te same fury i one wrócą do kraju, a potem kupią je dawni właściciele, przemalowane i z przebitymi numerami, a ja, że chyba się na łby pozamieniał, bo ci frajerzy nie kupują używanych aut, tylko nówki w salonach. I gdy tak pierdoliliśmy od rzeczy, nagle pod pizzerię zajechała czarna toyota corolla, a po chwili do środka wszedł jej kierowca – chłopaczyna o wyglądzie studenta, tak jak ja w koszulce z Bobem Marleyem.
– Jest twój – szepnął Bibi odruchowo, lecz natychmiast zamilkł, jakby się przestraszył własnych słów; i wszyscy troje siedzieliśmy cicho, bijąc się z myślami, bo przecież Wuj wyraźnie pozwolił tylko na jedną brykę.
To ja podjęłam za nich decyzję.
– Dobra. W razie co biorę winę na siebie. Wujo mnie lubi. – I podeszłam do chłopaczka, który właśnie siadł przy stoliku obok i zagłębił się w karcie menu. – Przepraszam, możesz mi dać keczup? – spytałam po angielsku. Nie skumał, więc przeszłam na hiszpański, i już za chwilę gadaliśmy o Bobie Marleyu, śpiewaliśmy jakieś reggae, i w ogóle – od pierwszego wejrzenia się polubiliśmy. Powiedział mi, że corolla nie jest jego, tylko bossa, ale czasem wolno mu pożyczyć na weekend; nieważne, pomyślałam, czyja, bo i tak będzie nasza.
Lecz tym razem zadanie przerosło moje siły. Nawet ta druga, mądrzejsza Laura nie umiała mi pomóc.

TYMCZASEM ZNALEZIONO POBITEGO I ZWIĄZANEGO KANADYJCZYKA
i o trzeciej nad ranem Pablo Medina, szef policji, osobiście go przesłuchał, a potem zatelefonował do Aznara, który kazał mu natychmiast stawić się w gabinecie w gmachu sądu; Medina ujrzał swego byłego dowódcę i towarzysza walki w zielonym szlafroku frotte i pantoflach, gabinet bowiem sąsiadował z prywatnym apartamentem.
– Wybacz, Pablo, ale to jest coś idiotycznego i absurdalnego!
Syrius znikł na chwilę za kotarą osłaniającą łukowo sklepiona wnękę, skąd wrócił z dwiema puszkami piwa; jedną rzucił Medinie.

NASTĘPNY ODCINEK >>>


„Panna Wina” jest już w sprzedaży!
Książkę można kupić m.in. w Empiku i Merlinie


Witold Horwath - Panna Wina

Brak komentarzy do wpisu “Panna Wina (odc. 28)”

Zostaw odpowiedź

(wymagane)

(wymagany)