Strona główna » Witold Horwath - Panna Wina » Panna Wina (odc. 27)

Panna Wina (odc. 27)

Za chwilę klęczał obok niego Esteban, a ja zastanawiałam się, czy mnie też kopnie; lecz zamiast tego wziął mnie pod brodę i długo, przenikliwie popatrzył w oczy.
– Jesteś mądrzejsza od tych głupków, więc słuchaj i dobrze zapamiętaj: chcecie strzelać, to na prom i do Cordoby albo do Panamy! Zrozumiałaś, dzieweczko?
– Tak, Wuju, zrozumiałam – odrzekłam tonem, jakim w dzieciństwie zwracałam się do księdza Juana i dodałam, że w pełni się z nim zgadzam, bo chociaż Kolumbijczyk pierwszy sięgnął po pistolet i tak wszystkiemu my jesteśmy winni, skoro dopuściliśmy do sytuacji, że mogły paść strzały i rzeczywiście padły, a co gorsza to się jeszcze ma szansę powtórzyć, bo nigdy nie wiadomo, czy facet nie jest uzbrojony, niby ich obmacuję, żeby sprawdzić, ale tamten na przykład trzymał pod deską rozdzielczą, a inny może trzymać w dupie, wszędzie nie zajrzę; i tym końcowym żarcikiem rozbroiłam Wuja. Sowa przestała się stroszyć.
– Wiem, że Panamczycy zadatkowali wam jeszcze jeden samochód, więc powinniście go im dostarczyć – rzekł, siadając z powrotem w fotelu, a Bibi i Esteban patrzyli po sobie, bo żaden nie śmiał pierwszy wstać z klęczek, a zatem tylko ja z naszej trójki zachowałam przed obliczem Wuja pion. – Ale uważajcie na siebie, a szczególnie ty, Lauro. Bo policja szuka już dziewczyny biegle mówiącej po angielsku i powiesiła twój portret pamięciowy w hotelach. Medina pokazał mi go dziś rano, ale powiedziałem, że żadnej takiej nie znam.
I dodał, że faktycznie zna mnie słabo, a to błąd, który trzeba naprawić.
– Bo ty, mała, zasługujesz na prawdziwego, dorosłego mężczyznę, nie takiego gnojka jak ten…
I ze wzgardą wskazał klęczącego Massenę, a mnie w głowie nie postało, że właśnie z ust Wuja słyszę prorocze słowa.

POTEM BYŁY DWIE OSTATNIE AKCJE, A WŁAŚCIWIE PÓŁTOREJ,
chociaż od Wuja dostaliśmy pozwolenie tylko na jedną, po niej musieliśmy się przerzucić do Panamy, Bibi już to z Panamczykami obgadał, i teraz auta miały płynąć promem w odwrotnym kierunku, czyli od nich do nas; ale póki co chcieli jeszcze jeden wóz z Republiki, no to wypatrywaliśmy okazji, tkwiąc przed starym portem rybackim, bo do Long Wave baliśmy się już wchodzić, skoro krążyły tam moje portrety pamięciowe. Przyjeżdżali faceci w niezłych brykach przejść się po molo i popstrykać foty, ale najczęściej przywozili ze sobą laski albo żony i dzieci, więc byli poza zasięgiem, i dopiero trzeciego dnia pod wieczór, kiedy słońce poczerwieniało jak cegła więziennej baszty, sterczącej na górze zamkowej i stoczyło się do morza gdzieś za najdalszymi kutrami, które maleńkie jak łódeczki z kory wracały stadkiem do Panamy, trafił się wreszcie jeden samotny w błękitnym mercu kabriolecie; staliśmy przy wejściu na molo, Bibi, ja, Esteban i Carlos, to znaczy ja trochę z boku, że niby się nie znamy, a frajer podjechał bulwarem od strony Long Wave i zaparkował kilka metrów od nas, jakby się sam prosił, Bibi machnął w moim kierunku dłonią i podniósł do góry kciuk, co znaczyło: będzie dobrze, jest twój, a ja, uprzedzając gościa, pierwsza weszłam na molo i oparłam się o kamienną barierkę, twarzą do morza, niby zapatrzona w zachód słońca, lecz jedno moje oko cały czas dyskretnie zezowało i rejestrowało każdy jego ruch, od momentu gdy wysiadł z kabrioletu, wysoki, szczupły, z zakolem łysiny i lekko utykający, a właściwie nie utykający, tylko dziwnie wyrzucający przed siebie długie, patykowate nogi w białych, szerokich szortach, jak bocian albo manekin, poruszany niewidzialnymi nitkami; kilka razy przystawał i filmował VHS-em port po drugiej stronie, po czym skierował kamerę na zachód i z półobrotu, pojechał nią panoramicznie wzdłuż barierki, przez co też znalazłam się w kadrze, a wtedy odwróciłam się i udając pociesznie załapaną, uśmiechnęłam się jak sympatyczna amerykańska rastamanka z włosami zaplecionymi w dredy i w koszulce z Bobem Marleyem, to ze względu na te pieprzone portrety pamięciowe zmieniłam image; po czym zaczęliśmy gadać o urokach Granada del Mar, dowiedziałam się, że przyjechał trochę turystycznie a trochę zawodowo, bo pracował dla jakiejś gazety, która zamówiła u niego reportaż.
– Jaka gazeta?
– Pewnie nie znasz. Kanadyjska, wychodzi w Toronto.
– Kanadyjczyk? – i mój palec dźgnął jego chudą pierś, bo amerykańskie małolaty bywają bezczelne i nie wiedzą co to dystans.

NASTĘPNY ODCINEK >>>


„Panna Wina” jest już w sprzedaży!
Książkę można kupić m.in. w Empiku i Merlinie


Witold Horwath - Panna Wina

Brak komentarzy do wpisu “Panna Wina (odc. 27)”

Zostaw odpowiedź

(wymagane)

(wymagany)