Teufel (odc. 21)

Lotte zastanawiała się czasem nad dwoistością, którą kryła w sobie Marianna. Chmurny, niemiecki romantyzm rodem z Goethego i Schillera mieszał się w niej z wybuchową słowiańszczyzną, dla której pogardę Lotte przejęła od ojca. Uporządkowanie mieszało się z bałaganiarstwem, chłodne opanowanie z niepohamowaną pazernością życia. Marianna potrafiła być oschle rzeczowa, by już za chwilę czarować urokiem tych, którzy tego oczarowania byli godni. Przystępna, otwarta, pozostawała jednak zawsze odrębna, zdystansowana, a ci, którym wydawało się, że wkradli się w jej łaski, szybko mogli przekonać się, że to tylko złudzenie. Potrafiła być promiennie uśmiechnięta, by już za chwilę marszczyć czoło i biorąc się pod boki, wystukiwać każdą wypowiadaną sylabę na podobieństwo dźwięków, jakie wydawały obcasy uderzające o bruk Vorstädtischer Graben. Mówiła wówczas spokojnie, ale dobitnie, bo głosu nie podnosiła nigdy. Niezadowolenie potrafiła okazywać jednym drgnieniem swych jasnych, cienkich brwi. A miewała chwile, kiedy nic jej nie zadowalało. Lotte wiedziała, że w takie dni Marianna była mrukliwa, zatopiona w lekturze, schowana za parawanem skórzanych obwolut, jej zaś, Lotte zadaniem było pilnować tej odrębności, sprawiać, by wszyscy odczuwali szacunek dla izolacji Marianny od otaczającego ją świata, oddzielać niewidoczną barierą, która uniemożliwiałby dostęp do niej kogokolwiek z zewnątrz. W takie dni, kiedy dzwonił telefon, Lotte nie podawała słuchawki swej pracodawczyni, nie zwlekała z kupnem papierosów czy odbiorem poczty. W takie dni, kiedy Marianna chciała słuchać Richarda Taubera w Die Tote Stadt Korngolda albo Erny Sack w Don Pasquale Donizettiego, w mieszkaniu przy Breitgasse unosiły się słodkie dźwięki koloratury i liryczny tenor, które płynęły z wbudowanego w mahoniową skrzynkę gramofonu ustawionego w salonie. W takie dni Marianna siadała do fortepianu i nie patrząc na palce przebiegające po klawiaturze, grała najsmutniejsze preludia Chopina, których Lotte nigdy wcześniej nie słyszała. Raz, gdy zbierała z podłogi kartki listu, które zaczytana Marianna wypuściła z rąk, z płyty wytwórni Telefunken popłynęła zaśpiewana z pozoru niedbale i nonszalancko rewiowa pieśń, której Lotte nie znała. Takie dźwięki, rodem z podwórkowej kapeli albo dekadenckiego berlińskiego kabaretu, nigdy nie płynęły jeszcze z gramofonu ustawionego w salonie z oknami wychodzącymi na Breitgasse, między gdańskimi szafami i koncertowym fortepianem Bechsteina. Cienki, kobiecy głos płynący z ebonitowej płyty obracającej się na miękkim talerzu gramofonu zawodził:
Und der Haifisch, der hat Zähne
Und die trägt er im Gesicht
Und Macheath, der hat ein Messer
Doch das Messer sieht man nicht.

Lotte słuchając nagrania pozbierała rozsypane kartki, wyprostowała się i poszukała wzrokiem Marianny, która paląc papierosa w swojej srebrnej fifce chodziła nerwowo po salonie. Kiedy muzyka umilkła, Marianna podeszła do gramofonu, podniosła esowate ramię z długą igłą, dzięki której rozbrzmiewała muzyka, zdjęła płytę z pokrytego suknem talerza i schowała ją do papierowej koperty. Lotte przeczytała nadruk na jednej ze stron. Die Dreigroschenoper głosił tytuł, pod którym wymieniono nazwiska autorów, ale tych Lotte nie zdążyła już odczytać. Płyta zniknęła w szafce, na której stał gramofon.
– Jeśli tak dalej pójdzie, to z tego kraju wyjadą wszyscy, którzy potrafią cokolwiek zrobić – powiedziała do siebie Marianna, zamykając drzwiczki szafki i wyprostowała się. – Wyjadą wszyscy, którzy potrafią cokolwiek – powtórzyła z naciskiem tym razem wyraźnie zwracając się do Lotte, która podała jej złożone kartki listu. – To od mojej matki – wyjaśniła Marianna wkładając je do koperty. – Znasz tę balladę? – Lotte zaprzeczyła w milczeniu. – Moja matka była na premierze przedstawienia, z którego ta pieśń pochodzi. W Schiffbauerdamm Theater, w Berlinie. Pięć lat temu. Przyjaźniła się z ludźmi, którzy je zrobili. A teraz Bertolt jest w Danii, a Kurt w Paryżu.
– Nie wrócą już do Berlina? – zapytała Lotte, nie potrafiąc ukryć niedowierzania, bo przecież Berlin był miastem, z którego nie sposób było zrezygnować. Tak mówiła Marianna.
– Lotte, czy ty naprawdę nic nie rozumiesz? – Marianna niemal podniosła głos, choć nigdy dotąd jej się to nie zdarzyło. Wyjęła ze srebrnej fifki resztkę papierosa, wgniotła go w kryształową popielnicę stojącą na okrągłym stoliku na lwich łapach, po czym bez słowa wyszła z pokoju zostawiając wystraszoną Lotte, która rzeczywiście niewiele z tego zrozumiała. Marianna nie komentowała dotąd tego, co działo się na świecie, nie zajmowała się polityką, choć Lotte widziała, że czytała regularnie lokalne „Danziger Volksstimme”, „Danziger Allgemeine Zeitung” i „Danziger Landeszeitung”, polską „Gazetę Gdańską”, przesyłany z Warschau „Kurier Warszawski” i sprowadzane z Niemiec „Frankfurter Zeitung” i „Berliner Tageblatt”. Wśród gazet, które Lotte każdego ranka zabierała z małego stolika ustawionego w hallu koło drzwi wejściowych do mieszkania, na którym wcześniej układała je starannie piegowata pokojówka Ewa, nie było prasy, która w niedzielne poranki leżała na stole w mieszkaniu w zaułku Schusterhof, gdy Georg Meier czytał to wszystko, na co nie miał czasu w tygodniu, bo coraz częściej oprócz pracy w porcie na Motlau, gdzie został urzędnikiem i spędzał długie godziny, licząc przenoszone przez innych sztauerów worki i skrzynki, a więc oprócz tej pracy w porcie musiał chodzić na zebrania i wypełniać obowiązki, które wiązały się z jego partyjną przynależnością, a wypełniał je gorliwie i skrupulatnie. Georg Meier w niedzielne poranki, zanim założył odświętne ubranie i wypastowane na wysoki połysk buty, zanim przyczesał swe powoli przerzedzające się płowe włosy i skropił gładko wygoloną twarz wodą kolońską, by tak elegancko wystrojonym ruszyć do Marienkirche, pchając przed sobą wózek z Liselotte, sięgał po „Danziger Vorposten”, który z tygodnika zamienił się w gazetę codzienną, i krzykliwy niemiecki „Der Stürmer” z rysunkami Fipsa, których nawet Lotte nie lubiła. W „Danziger Neueste Nachrichten” wyszukiwał felietony Fritza Jaenickiego, który nie bał się pisać w missingisch, języku gdańskiej ulicy, i wymyślił rentiera Poguttke, z którego komentarzy Georg Meier śmiał się, aż czerwieniały mu policzki. Ojciec powtarzał często Lotte, że wszystko na świecie ma swój porządek, a sprawiedliwość w końcu dochodzi do głosu. Matka patrzyła na niego i jego rozłożone na stole gazety z pobłażaniem swych łagodnych, szarych oczu, a w pracy Lotte nie rozmawiała o tym, co działo się w polityce, choć coraz wyraźniej dostrzegała różnice między liberalnymi poglądami Marianny, które kojarzyły się jej z salonowym życiem rodziny Walewiczów, a twardymi poglądami ojca, które porządkowały jej własny świat, sprawiając, że rzeczywistość wokół była coraz bardziej klarowna. Dotąd te dwa światy żyły obok siebie bez specjalnej niechęci, choć ojciec ciągle kręcił nosem, gdy Lotte opowiadała o Mariannie, bo uważał ją za Polkę, która udawała Niemkę, co, jak mówił, było zrozumiałe, ale krew pozostaje krwią, a ojciec Marianny był przecież Polakiem, Marianna zaś nie lubiła, gdy Lotte sięgała po gdańskie powieści, po Die Kinder des Hauses Julie Burow albo Die Polen in Danzig Klary Quandt, w których takich jak ona gdańskich Polaków przedstawiano jako chytrych bigotów albo przebiegłych brudasów, bo, jak mawiała Marianna, najłatwiej powtarzać stereotypy.

Izabela Żukowska - Teufel

Brak komentarzy do wpisu “Teufel (odc. 21)”

Zostaw odpowiedź

(wymagane)

(wymagany)