Strona główna » Witold Horwath - Panna Wina » Panna Wina (odc. 26)

Panna Wina (odc. 26)

A WIECZOREM WEZWAŁ WUJ
Bibi Massenę, Estebana i mnie do swojego wielkiego domu, przed którym leżały dwa kamienne lwy z szeroko rozwartymi paszczami, w intencji rzeźbiarza pewnie ryczące groźnie, a dla mnie raczej ziewające z nudów, bo sama też bym tak ziewała, gdybym musiała non-stop leżeć pod czyimiś drzwiami. Czułam ogromną ulgę, gdyż w południe nasze lokalne radio podało, że Kolumbijczyk żyje, o własnych siłach dowlókł się jakoś do szpitala, doktorzy już go zoperowali, i wszystko jest OK; lecz, żeby być pewną, bo w radio czasem mówią głupoty, poszłam sama na Portową, do mojej siostry Juanity, która była pielęgniarką w szpitalu i właśnie miała dyżur; potwierdziła, że chłopak ma się dobrze i już ją nawet próbował podrywać, chwilę chichotała, powtarzając jego zaczepki, aż nagle spoważniała i spojrzała na mnie wylęknionymi oczami.
– Laura, ale ty nie miałaś z tym nic wspólnego?
– Nie, Juanita, jestem złą dziewczyną, ale nie aż tak…
„Zła dziewczyna” to był w mych ustach ironiczny cytat z matki, ciotek, całej rodziny oraz księdza Juana, na którego msze przestałam od dwóch lat chodzić; nienawidziłam ich, więc byłam pewna, że i oni mnie nienawidzą, i że to wojna na śmierć i życie, mojej wolności i młodości z narzucanym przez nich reżymem, o nie! mnie nigdy nie spętają, tak jak spętali Juanitę, absolwentkę liceum pielęgniarskiego w Cordobie, gdzie ucząc się, nie wyściubiła nosa z internatu; żadnych imprez, żadnych dyskotek, żadnych chłopaków, bo zabraniał tego surowy głos matki, który słyszała nawet tam, na drugim brzegu morza. A teraz wróciła na Santa Inez, za marne grosze podjęła pracę w szpitalu, i zaczęła spotykać się z felczerem o imieniu Matheo; i oczywiście nie sypiali ze sobą, no bo jakże tak przed ślubem? co by matka, ciotki i ksiądz Juan powiedzieli! Lecz mimo, że byłyśmy tak różne, kochałam Juanitę. I nie toczyłam z nią wojny.

– No dobra, ale odbiegłam od tematu. Rano dzwoniła moja siostra i to chyba dlatego :)
– Miałaś opowiedzieć o wizycie u Wuja.
– Zgadza się, o wizycie u Wuja,

którego tamtego wieczoru wreszcie zobaczyłam z bliska, bo dotąd migał mi tylko za szybami lincolna, kiedy kursował między Podzamczem a Śródmieściem; Baltazar La Plata, zwany Wujem, król wszystkich reptiles, a do tego, jak powszechnie się mówiło, nietykalny przyjaciel samego sędziego Aznara, był facetem około czterdziestki, niskim, krępym o pulchnej twarzy, z wielkimi okrągłymi oczami i haczykowatym nosem, przez co, gdy siedział przed nami w fotelu, skojarzył mi się z sową. Salon, gdzie nas przyjął, był umeblowany ludwikami, a na ścianach wisiały portrety wicekrólów, też pewnie z XVII wieku. Staliśmy przed nim w szeregu, Bibi pośrodku, ja po lewej, a po prawej Esteban, który tak samo jak ja był tu po raz pierwszy i zauważyłam, że czuje się niepewnie, z lękiem popatruje na swoje buty i najchętniej by je zzuł, żeby nie uświnić dywanu. Ja też byłam onieśmielona, to znaczy, na samym początku, dopóki Wuj nie omiótł mnie spojrzeniem i nie mruknął czegoś w rodzaju: niezła jesteś; ale tak naprawdę nie patrzył ani na mnie ani na buty Estebana, tylko na Bibi Massenę.
– Co się stało, chłopcze? – spytał wreszcie jakby z troską, ale czułam, że to pozór, taka zmyłkowa przygrywka, po której zaraz wybuchnie. I nie omyliłam się.
– Miało, kurwa, nie być krwi! Miało nie być zabawy w kowboi! – ryczał Wuj, po czym zerwał się ze swego ludwika, podszedł do Masseny i z całej siły kopnął go w jaja. Bibi wrzasnął, schwycił się za krocze i zgięty w pół osunął się na kolana.

NASTĘPNY ODCINEK >>>


„Panna Wina” jest już w sprzedaży!
Książkę można kupić m.in. w Empiku i Merlinie


Witold Horwath - Panna Wina

Brak komentarzy do wpisu “Panna Wina (odc. 26)”

Zostaw odpowiedź

(wymagane)

(wymagany)