Strona główna » Ewa Ziegler i Wojciech Brodnicki – Dagestan » Ewa Ziegler i Wojciech Brodnicki – Dagestan (odc. 34)

Ewa Ziegler i Wojciech Brodnicki – Dagestan (odc. 34)

Sam Hunzach to dawna stolica awarskiego chanatu; ośrodek stary i znaczący zarówno pod względem ekonomicznym jak i politycznym oraz kulturalnym. Podobno etnonim „Awarcy” – Awarowie przez długi czas odnosił się tylko do mieszkańców hunzaskiego chanatu, a tutejszy nucał miał nielada pozycję i na niejedno mógł sobie pozwolić: razu pewnego szach perski – tak legenda – życzył sobie, żeby awarski chan przysłał jemu konia, który byłby nie wrony, nie biały (tutaj następuje wyliczenie wszystkich możliwych maści końskich). Nucał odpowiedział, że gotów jest spełnić życzenie szacha, niech tylko posłańcy przyjadą po tego konia nie w niedzielę, nie w poniedziałek, nie… i tak dalej. Tak wyraża się w literaturze ludowej samorządna pozycja feudalnych państw Dagestanu.
Dzisiaj jedziemy na drugą stronę płaskowyżu, na prawdziwe szaszłyki pieczone na ognisku pomiędzy kamieniami. Trochę straszno. Słowo „dżygit” do dzisiaj jest najwyższym komplementem, na jaki może zasłużyć prawdziwy mężczyzna. Jedziemy w dwa samochody i obaj kierowcy na swoich rasowych rumakach czują się dżygitami. A droga jest jedna: skrajem przepaści, w bród przez strumień u początku wodospadu.
W miarę pokonywania drogi gromadka rośnie; są Fazu i jej dzieci, cioteczny brat Gajdar Gajdarow, Szasza i Mohammed, znajomi… Rozkładamy się na brzegu głębokiego jaru. Mężczyźni rozpalają ognisko w szczelinie na zboczu, wyjmują z bagażnika przygotowaną już baraninę i plastikowe kanistry z własnej produkcji wytrawnym białym winem. Zajmują się sprawami konkretnymi oraz konwersacją, zapewne na tematy poważne. Kobiety rozsiadają się na rozłożonej derce. Niemęską sprawą byłoby dla mężczyzn usiąść razem z nami.
Teoretycznie samochody rzucają cień. Ale słońce stoi tak wysoko, że jest to tylko teoria. Żar leje się z nieba. Niżej, dużo niżej, kupki białych płaskich zabudowań: to auły – na horyzoncie Hunzach, bliżej Cada, Giniczutl, Arani; całkiem w lewo Batłaicz. Dokoła charakterystyczne tarasy. Uprawna część płaskowyżu mimo swego niewielkiego nachylenia została ręką ludzką ukształtowana w stopnie. Są tak małe, że Tołstojowa opowieść o tym, jak to góral nie mógł znaleźć swego pola, gdyż przykrył je burką, wcale nie wydaje się nadmiernie przesadzona. Rodzą się na nich zboża, kartofle, bób, soczewica, len, warzywa. Ziemia jest urodzajna, naniesiona niegdyś w koszach z żyznych dolin, od wieków nawadniana
Górale mówią:
Chleb sam nie wyrośnie i chinkał50 nie dojrzewa na drzewie.

Opowiada Szachsanat:
– Walka o zboże trwa w górach cały rok. Śnieg to chleb. Dobrze jeszcze, jeśli jest ciepła wiosna. Pamiętam, dookoła biało, a mama już traciła spokój. Wołała do sąsiadki: „Halimat, czy twoje kury nie zniosły jajka?” „Moje nie, ale mówią, że kura Parichan zniosła pierwsze jajko!” Mama nie spała całą noc. Przecież to pierwsze jajko, które zniósł zeszłoroczny kurczak, przepowiadało, jaka będzie wiosna. Gotuje się je, zdejmuje skorupkę i patrzy, z której strony wgłębienie. Jeśli z ostrzejszego końca, wiosna będzie wczesna, trzeba szybko przygotowywać pług. Wgłębienie na tępym końcu wróży wiosnę opóźnioną, rok ciężki. Tutaj klimat jest ostry. Późno posiane ziarno późno dojrzeje, albo zniszczy je susza, albo wytłucze deszcz. Będzie głód.
Jeszcze niedawno był taki zwyczaj w awarskich aułach: nikt nie miał prawa pierwszy samodzielnie wyjść w pole. Zbierała się rada starszych na godekanie51, aby postanowić, komu powierzyć wyniesienie pługa. Były takie tuchumy52, o których mówiło się, że mają szczodrą rękę. Kiedy członek takiego rodu wynosił pług – wiosna obdarowywała deszczami, lato bywało w marę ciepłe i deszczowe, kłosy pełne. W Giniczutli prawo do wyniesienia pługa na pole przyznawano zawsze komuś z naszego tuchuma. Dzień wyjścia na pole nazywa się dniem pierwszej bruzdy. Mama pamięta, jak Omardada – stryj naszego ojca – wychodził o świtaniu w szubie wywróconej na lewą stronę, z której wisiały kłęby kudłatej szerści: takie niech będą kłosy (nie wiem, czy wiecie: u nas szerść, to symbol dostatku; dlatego gdy sprzedaje się zwierzę, trzeba zachować w domu kępkę jego szerści). Równocześnie Ajzanat, której rada starszych powierzała zawsze pieczenie chleba, przystępowała do roboty. Z jej chlebem nie równał się żaden inny: i pyszny, i miękki jak wata, i skórka rumiana. W aule wierzono, że człowiek, który wziął ze sobą na drogę chleb upieczony przez Ajzanat, będzie miał drogę udaną; ilekroć ojciec wyjeżdżał, matka zawsze zapraszała ją na pieczenie chleba.

Ewa Ziegler i Wojciech Brodnicki – Dagestan

Brak komentarzy do wpisu “Ewa Ziegler i Wojciech Brodnicki – Dagestan (odc. 34)”

Zostaw odpowiedź

(wymagane)

(wymagany)