Strona główna » Ewa Ziegler i Wojciech Brodnicki – Dagestan » Ewa Ziegler i Wojciech Brodnicki – Dagestan (odc. 33)

Ewa Ziegler i Wojciech Brodnicki – Dagestan (odc. 33)

– Tym wąwozem uciekali ze zsyłki marynarze Floty Czarnomorskiej – opowiada Mohammed Miedżydow – osadzeni tutaj za udział w rewolucji 1907 roku. Miałem taki zabawny przypadek: odsługiwałem wojsko na Litwie. Któregoś dnia, nie mając akurat niczego do roboty, strugałem patyk. Wycinałem na nim wzory, które znałem od dzieciństwa. Nagle podszedł do mnie jakiś stary marynarz i zdecydowanie stwierdził: „Jesteś z Dagestanu”. „Tak”. „Pochodzisz z Hunzachu”. Tego już było za wiele. Zasypałem go pytaniami. Okazało się, że był właśnie jednym z tych marynarzy z krążownika „Oczakow”, którzy stacjonowali karnie w aranińskiej twierdzy. Chodzili wtedy do Hunzachu i zwrócili uwagę, że i chłopcy i młodzieńcy i starcy strugali patyki właśnie tak, jak teraz ja.
Przy dalszej rozmowie okazało się, że to dziadek Mohammeda wyprowadził oczakowców z twierdzy na wolność i sprowadził w dół, przez wodospad.
– Jeden z uciekających spadł. Myśleli, że się zabił. Ale on wstał i jak gdyby nigdy nic poszedł dalej: miał na sobie kufajkę i to go uratowało. A był to rok 1918 albo 1919. Uciekli rzeką w Kazimierzowskim Wąwozie.
– Gdzie?
– Tak nazywa się to miejsce. Bo to było tak: w latach 1898-99 stacjonował w twierdzy Szósty Kubaczyński Batalion Piechoty. U oficera rosyjskiego, Martynowa, służył ordynans Kazimir. Pewno jakiś polski zesłaniec. Był to cichy, spokojny człowiek. Aż do dnia, kiedy na bazarze w Arani Martynow publicznie go uderzył, choć nie miał do tego żadnych powodów. Wtedy Kazimir wyrwał się, krzyknął do ludzi: „Żegnajcie!”, podbiegł do wodospadu i bez wahania rzucił się w przepaść. Miejsce jego śmierci nazywa się właśnie Kazimierzowskim Wąwozem.
Mityczny Kazimierz nie był jedynym Polakiem w Hunzachu. Znalazł się tutaj gdzieś w drugiej połowie ubiegłego wieku Piotr Wincenty Podlewski. W swoich „Wspomnieniach z podróży po Kaukazie” opublikowanych w 1873 r. opisuje zawody jeździeckie rozgrywane podczas Bajramu w Hunzachu, sławną dżygitówkę:
„Na plac przeznaczony do wyścigów udaliśmy się konno. Chan z licznymi sługami i naibami, to jest pomniejszą starszyzną, oraz jego żona ze swymi pannami honorowymi, wyjechali razem. Kobiety, siedząc po męsku, często na koniach mało ujeżdżonych, odznaczały się zręcznym prowadzeniem rumaków, ubrane zaś były w kosztowne materialne jupki, opuszone futrem. Gdyśmy przybyli na plac, na którym zebrało się niemało widzów, chan powitany został przez lud przykładaniem ręki do prawego kolana, na co dość grzecznie ale zimno odpowiedział skinieniem. Po danym znaku wyścigi się rozpoczęły. Bez ładu żadnego i porządku kilkunastu ludzi puściło swe konie, dążąc do mety, za którą obrano pagórek. Jedni w całym pędzie wstrzymywali konie przerzynając drogę innym, albo wyrzucając przed siebie futrzane czapki i w pędzie podnosząc je z ziemi; inni wśród dzikiego wrzasku strzelali do tychże czapek wyrzucanych w bok lub w pełnym biegu nabijali rusznice, a w końcu wpadając na wierzchołek pagórka strzelali na znak triumfu. Zwycięzcy odbierali z rąk pięknej żony chana nagrodę, składającą się z kawałka złotogłowiu lub kilkudziesięciu rubli”.
Dawniej hodowla koni miała w Dagestanie duże znaczenie; koń był podstawową siłą roboczą i środkiem komunikacji. Nie przypadkowo przekleństwem było życzenie: niech odejdzie żona od tego dżygita, który nie ma konia… Obecnie konie są nadal wiernymi pomocnikami pasterzy, ale przede wszystkim mają znaczenie sportowe. W roku 1980 zliczono w republice 20 000 końskich łbów. Myśmy koni – poza mechanicznymi – w okolicach Hunzachu nie widzieli, choć w „Przewodniku po Dagestanie” są współczesne zdjęcia „dżygitówki” w Arani.

Ewa Ziegler i Wojciech Brodnicki – Dagestan

Brak komentarzy do wpisu “Ewa Ziegler i Wojciech Brodnicki – Dagestan (odc. 33)”

Zostaw odpowiedź

(wymagane)

(wymagany)