Strona główna » Ewa Ziegler i Wojciech Brodnicki – Dagestan » Ewa Ziegler i Wojciech Brodnicki – Dagestan (odc. 29)

Ewa Ziegler i Wojciech Brodnicki – Dagestan (odc. 29)

Dookoła płynęły strumyki, kwitły kwiaty, a gałęzie drzew obsypane ciężkimi owocami chyliły się ku ziemi. Dziesiątki przejrzystych źródełek patrzyło uważnie na pierwszych w tych stronach ludzi. Nawet stary ojciec poczuł się nagle młody. Zaś jego syn na dziewiąty dzień wstał i bez niczyjej pomocy doszedł do źródełka. Wkrótce sam zaczął znajdować gniazda pszczół, łamać plastry i pić, pić ten słoneczny napój zmieszany z grudkami wosku.
Niewiele myśląc ojciec uderzył motyką w ziemię. Stuk żelaza o kamień obudził smutną dolinę. Rozpromieniły się trawy, stały się jeszcze bardziej zielone, strumyki pomknęły weselej i żwawiej. Kwiaty wyprostowały się, podnosząc swe główki ku ludziom. Teraz wiedziały po co rosną.
Tak oto powstał mój auł. A nazwano go Giniczutl.

***

Do Giniczutli zmierzał Rasul ze swoimi polskimi gośćmi. Jechali „ładą niwą do stacji badawczej w wysokich górach w poblizu miasteczka Gunib – mówił prof. Giennadij Mochow, zastępca dyrektora dagestańskiego Centrum Rosyjskiej AN. – Wspólnie mieli tam wybrać obiekty do badań, ponieważ planujemy założyć u nas filię Międzynarodowego Centrum Ekologicznego. Z gór cała czwórka miała przyjechać we wtorek do miasteczka Hunzach i zatrzymać się u rodziny prof. Mohamedowa”.

***

Giniczutl leży mniej więcej w centrum Hunzaskiego Płaskowyżu. I jak każda miejscowość tutaj ma nazwę historycznie umotywowaną. Awarskie „ganczIik” znaczy „pod kamieniem” i dokładnie odzwierciedla położenie aułu.
Aż do końca panowania awarskich chanów giniczutlijski kadi40 był mianowany przez hunzaskiego i był jemu podległy. Mieszkańcy płacili podatek, także chować zmarłych musieli w Hunzachu. Jednakże między Giniczutl a Hunzach powstał spór o ziemię. Pokrzywdzeni mieszkańcy Giniczutli wszczęli otwartą walkę przeciwko zależności od Hunzachu. W tej walce, która zakończyła się zwycięstwem, byli wspierani przez mieszkańców sąsiednich aułów, a szczególnie wsi Batłaicz.
Kiedy wysiadamy z samochodu, Fazu natychmiast nakrywa głowę i ramiona chustą z cieniutkiego, białego kaszmiru w różany deseń do złudzenia przypominający wzornictwo spod Giewontu (nawiasem mówiąc: made in Japan). Choć od lat mieszka w stolicy, nie przestała być góralką: często nosi na głowie chustę, do domu nigdy nie wchodzi w obuwiu.
– To nie jest zacofanie – mówi. – Nikomu nie szkodzi, a podtrzymuje dobre obyczaje. Śmieje się: – ale czasem można wpaść. Trzy lata temu przyjechałam z Machaczem na całe lato. Chciałam, żeby nauczył się lepiej mówić po awarsku, bo choć jest to nasz język domowy, jednak szkoła i miejskie otoczenie robią swoje. Chciałam, żeby pożył w górach, przyjął w siebie górski obyczaj. Bo to, czym nasiąknie się w dzieciństwie, jest jak rzeźba w skale.
Jeszcze w samolocie wyobraziłam sobie, jak włożę biały szal z jedwabnymi frędzlami, wezmę na plecy miedziany dzban i pójdę sama, rozkoszując się pięknem tych nagich skał, znanymi ścieżkami daleko za auł, wspominając swoje dzieciństwo. Słońce padnie na dzban, na moje kolczyki, na mój pierścionek, i moje źrenice staną się maleńkimi słońcami, i zbiorę linijki do nowych wierszy, jak kropelki rosy z kwiatów. Marzyłam też, żeby posiedzieć przy odkrytym ogniu, wdychając ciepło sinych płomieni kiziaku41, przegarniać czerwone węgielki żelaznymi szczypcami, tak jak to robiła moja matka. Zaraz po przyjeździe, zgodnie z obowiązującym zwyczajem, nakazującym odwiedzić najstarszych ludzi w aule i złożyć im należne uszanowanie, poszłam do Rachmat. Jest samotna. Mąż i jedyny syn zginęli podczas wojny. Trochę posiedziałam, potem wzięłam do ręki dzban i zaproponowałam: ciociu Rachmat, przyniosę ci wody ze źródła, a potem nazbieram kiziaku, napalimy w piecu. „Co ty pleciesz, Fazu – zdziwiła się Rachmat. – Przecież woda ze źródła od dawna płynie z kranu. A kiziak też nie potrzebny: Szarapudin całemu aułowi przywozi ciężarówką butan. Dobry sąsiad!”.
Rzeczywiście. Wszystko jest niby tak, jak na znanych obrazkach, a w istocie już inaczej. W 1950, gdy Fazu wyjeżdżała na uczelnię, w całym aule nie było jeszcze ani jednego nowego domu. Teraz, zamiast niziutkich, ulepionych z kamieni i gliny sakli, stoi coś bardzo podobnego i w kształcie i w funkcji, ale już z innych materiałów, choć kamień, którego tu w górach jest pod dostatkiem, nadal jest używany. Sakle są piętrowe. Płaski gliniany dach, na którym wietrzyły się chodniki, suszyły morele, a mężczyźni w wolnych chwilach chronili się od zgiełku życia rodzinnego, zastąpił dwuspadowy dach z eternitu lub ocynkowanej blachy. Dawne loggie, otwarte, podparte drewnianymi słupami, to też przeszłość. Dziś są zamknięte i przeszklone. Tylko podwórza nadal ogrodzone wysokim murem z kamienia łączonego gliną, ale na podwórzach kolorowe żiguli, moskwicze, wołgi, gaziki42. I zawsze jeszcze znajduje się miejsce na parę owocowych drzew, trochę warzyw, a przede wszystkim na absolutnie niezbędną świeżą nać kolendry. – Nasi uczeni twierdzą, że w tej kinzie jest taka witamina, której nie ma w innych ziołach, w żadnej zieleni, i która pomaga w pracy mózgu – mówi Abakar.

Ewa Ziegler i Wojciech Brodnicki – Dagestan

Brak komentarzy do wpisu “Ewa Ziegler i Wojciech Brodnicki – Dagestan (odc. 29)”

Zostaw odpowiedź

(wymagane)

(wymagany)