Strona główna » Krzysztof Beśka - Ostatni seans » Ostatni seans (odc. 27)

Ostatni seans (odc. 27)

Tymek nigdy nie czuł, jak trzęsie się ziemia. A teraz tak. Uciekali, aż miło. Kilka latarek upadło na ziemię, snop światła jednej wycelowany był nawet dokładnie wzdłuż ścieżki i widać było znikające w dali podeszwy kilku par adidasów.
Tymon Nowak stał bez ruchu. Nie do końca jeszcze dochodziło do niego to, co się przed chwilą wydarzyło.
– Jesteś cały, Tymon?– zapytał komisarz Konstanty Podbiał, chowając pistolet do kabury, skórzanej i zawsze przy tym skrzypiącej.
– Tak – wykrztusił z największym trudem aspirant.
– To dobrze.
Przez dłuższą chwilę trwała cisza. Przerwał ją Tymon.
– Nie powinieneś być czasem w szpitalu?
– W jakim szpitalu?!
– Resortowym – odparł Nowak z poważną miną.
– Ja się nigdzie nie wybieram – zaśmiał się Kostek. – Przynajmniej nie w tej chwili.
– Nic nie rozumiem.
– Co tu rozumieć? Chcesz, żeby mnie któregoś dnia zlicytowali razem z łóżkiem albo jakąś maszyną, do której będę akurat podłączony, jeżeli ktoś wcześniej nie odetnie prądu? Przyjdzie komornik i nie będzie patrzył, czy ktoś zdycha, czy nie. Tego mi życzysz?!
– Zmieniasz temat, Kostek. Godzinę temu walczyłeś ze śmiercią.
– Ale, jak widziałeś, wygrałem. Przy okazji ocaliłem ci dupsko – mruknął Podbiał, po czym rozejrzał się dookoła. – Chodźmy lepiej, bo jeszcze tu wrócą z połową osiedla.
Ruszyli tą samą ścieżką. Nowak długo nie wytrzymał milczenia.
– Skąd wiedziałeś, gdzie mnie szukać? – zapytał.
– Może ty mi najpierw, kurwa, wyjaśnisz, gdzie się włóczysz po ciemku?! Co ze śledztwem? Masz te nazwiska?
Tymon nie odpowiedział na żadne z tych pytań. Odruchowo sięgnął ręką w bok. Jego służbowa „klamka”, która spokojnie mogłaby zostać użyta przeciwko kijom baseballowym, była na swoim miejscu…

Dzień drugi

1. Warszawa, stacja metra Plac Wilsona, nazajutrz.

Ludzi spieszących się rano do metra można podzielić na kilka gatunków. A wszystkie jednakowo śmieszne, szczególnie kiedy się na nich patrzy, siedząc już wygodnie w wagonie, podczas gdy pociąg jeszcze czeka na stacji z otwartymi drzwiami.
Pierwszy gatunek to „Wiecznie zaganiani”. Gdyby autobus lub tramwaj jeździł, jak kiedyś, z otwartymi drzwiami, wskakiwaliby i wyskakiwali zeń w biegu. Potem po schodach, w dół, mało jeden z drugim nóg nie połamie. Gdy zauważą, że metro czeka, wtedy przyspieszają jeszcze bardziej. Rozwiany włos, obłęd w oczach, torby i siatki w rękach przypominających skrzydła wiatraka stają się niebezpieczną bronią i strach się wtedy znaleźć w zasięgu ich działania. „Wieczny zaganiany” dopada drzwi pociągu jak ten Bartosz Głowacki rosyjskiej armaty podczas bitwy pod Racławicami, często już w momencie, gdy słychać ostrzegawczy sygnał. Ostatni rzut, skok szczupaka, wśliznięcie przez zwężającą się szczelinę to umiejętność charakteryzująca każdego współczesnego Polaka – niezbędna nie tylko podczas podróży stołecznym metrem.

Krzysztof Beśka - Ostatni seans

Brak komentarzy do wpisu “Ostatni seans (odc. 27)”

Zostaw odpowiedź

(wymagane)

(wymagany)