Strona główna » Agata Bromberek i Agata Wielgołaska - Turcja » Turcja. Półprzewodnik obyczajowy (odc. 23)

Turcja. Półprzewodnik obyczajowy (odc. 23)

Prawdopodobnie każdy, kto ma jakiegoś znajomego Turka, zetknął się z tym trudnym tematem; ciągle słyszy się, że ktoś właśnie do wojska poszedł albo z niego wrócił, albo akurat w nim jest. Nie słyszy się za to o tych, którzy do wojska iść nie chcą. Absolutnie każdy się nadaje, bo – jak wiadomo – Turcja armią stoi. Armia to jak dotąd najpilniej strzeżona podstawa tureckiej demokracji. I w tym cały problem.
Podczas pobytu w Kayseri rozmawiałam na temat obowiązkowej służby wojskowej ze studentami tamtejszej uczelni. Sprowokowana niektórymi wypowiedziami i coraz bardziej zaintrygowana tym niewygodnym tematem, postanowiłam dowiedzieć się więcej o stosunku młodych mężczyzn do tureckiej armii oraz ogólnej koncepcji patriotyzmu. Rozmowy ze studentami ostatniego roku, którzy powoli oswajali się z myślą o wojsku, były zadaniem niełatwym. Nie tylko dlatego, że to w Turcji temat tabu, czasem wręcz niebezpieczny (tego argumentu używały osoby, które, szczerze zatroskane moimi pomysłami, odradzały mi „bawienie się w te wywiady”). I nie dlatego również, że angielskim posługiwała się zaledwie garstka studentów. Przede wszystkim dlatego, że naprawdę trudno było nakłonić rozmówców do otwartości, do krytycznej oceny kwestii, które większości Turków wydają się oczywiste, niepodlegające dyskusji.
Na początku rozmowy słyszałam zwykle, że Turcja to olbrzymi kraj, zróżnicowany i otoczony niebezpiecznymi sąsiadami, którzy mogą zagrażać narodowemu bezpieczeństwu. Potem przekonywano mnie, że duża, silna armia to gwarant stabilności. Nie tylko Turcji, także całego regionu. Słyszałam też, że służba wojskowa to obowiązek każdego mężczyzny, bez wyjątku. Że wymaga tego miłość do ojczyzny. Mijała godzina i odbiegaliśmy trochę od tematu. Okazywało się, że owszem, do wojska muszą iść wszyscy, ale niekoniecznie jest to marzenie każdego Turka. Że nawet ci, którzy deklarują, iż chętnie wypełnią ten obowiązek, nie chcieliby być wysłani na wschód Turcji. Że większość znajomych, owszem, nawiązała w armii nowe przyjaźnie, ale o samej służbie mówi niechętnie. Kilku rozmówców przyznało, że nie rozumie idei służby obowiązkowej – ich zdaniem dużo bardziej ekonomiczna i wydajna byłaby armia zawodowa. Inni przekonywali zawzięcie, że tureckiego państwa nie stać na opłacanie zawodowych żołnierzy. Zresztą do wojska powinien iść każdy, żeby nauczyć się dyscypliny, utrzymywania porządku. Aby „wydorośleć i stać się prawdziwym mężczyzną”. Jeden z moich rozmówców wykazał się odwagą i przyznał, iż planuje uniknąć wojska, przez które zmarnowałby cenny czas potrzebny do rozwoju kariery. Argumentował, że w kilka miesięcy i tak nie wyszkoli się odpowiednio amatorów, którzy na samą myśl o strzelaniu dostają gęsiej skórki. Że mogliby oni wykorzystać ten czas bardziej efektywnie, pracując dla dobra kraju w wyuczonych zawodach, zamiast „bawić się w tym czasie w żołnierzyków”.

Agata Bromberek i Agata Wielgołaska - Turcja

Brak komentarzy do wpisu “Turcja. Półprzewodnik obyczajowy (odc. 23)”

Zostaw odpowiedź

(wymagane)

(wymagany)