Strona główna » Ryszard Sługocki - Żelazna obroża » Żelazna obroża (odc. 30)

Żelazna obroża (odc. 30)

Oprócz Singha prześladowcami Jelonka byli przedstawiciele lokalnych władz. Szczególnie dawali się we znaki szef Komitetu Ludowego Amir i jego zastępca Karim. Ten pierwszy nigdy nie raczył zjawić się osobiście w Małej Bazie i domagał się wizyt Jelonka w Aziziji, podczas których wymuszał haracze. Amir miał prawie dwa metry wzrostu i ważył pewnie ze sto pięćdziesiąt kilogramów. Małe oczka tkwiły w ogromnej głowie, zwieńczonej barankowatym owłosieniem. Kiedy się uśmiechał, a czynił to często i niezależnie od humoru, widać było między mięsistymi wargami pieńki popsutych zębów. Poniżej wielostopniowego podbródka rozlewały się zwały tłuszczu, z trudem maskowane przez obszerną, ale i tak pękającą w szwach galabiję. Brzuch opierał się na biurku zawalonym stosami papierów i teczek z dokumentami, do których chyba nigdy nie zaglądał. Swoją służbę w państwowym urzędzie uważał za dobrą okazję do załatwiania własnych interesów. Nie podpisał niczego, jeśli nie otrzymał czegoś w zamian. Brał wszystko, najchętniej gotówkę, ale także sprzęt radiowo-telewizyjny, meble wykonywane na zamówienie i oczywiście samochody. Był mistrzem w przewlekaniu spraw i wymyślaniu przyczyn uniemożliwiających mu zatwierdzanie faktur. Próbował nawet wymusić coś na Firmie między złożeniem podpisu a przyłożeniem pieczęci. Jego ręka wygięta w wymowny znak zapytania zastygała w powietrzu. Jelonek i towarzyszący nam szef rozliczeń drżeli przed każdym spotkaniem z tą potworną górą mięsa. Amir, może ze względu na tuszę, która utrudniała mu swobodę ruchów, nigdy nie używał wobec Firmy środków gwałtownych. Przy każdej kolejnej próbie wymuszenia uśmiechał się dobrodusznie. Nie podnosił głosu, nie bił pięścią w stół, nie wyzywał i nie groził. Ale swoje i tak wymuszał. Jego przeciwieństwem był Karim nazywany przez Jelonka wściekłym psem. Ten odwiedzał Małą Bazę często i traktował jak prywatny folwark. Przy każdej próbie sprzeciwu piana występowała mu na usta i świszczącym głosem wyrzucał z siebie groźby po arabsku, po angielsku i polsku. Nauczył się kilkudziesięciu słów po polsku, których używał zarówno przy formułowaniu żądań jak i rzucając groźby i wyzwiska, ale także w momentach szczególnej łaskawości, kiedy udało mu się od Jelonka coś wydębić. Karim był półanalfabetą i umiał się tylko fantazyjnie podpisywać. Nie miał pojęcia o technice wykonywanych robót. Najprostszych rzeczy nie rozumiał, albo udawał, że nie rozumie, a każdą próbę wytłumaczenia mu o co chodzi uważał za mydlenie oczu. Był niesłychanie podejrzliwy. Często „robił teatr”, żeby coś dodatkowo wymusić na Jelonku dla siebie lub dla licznych przyjaciół i krewnych. Niemal codzienni zgłaszali się „interesanci” z kartkami polecającymi, domagając się darmowych usług lub odszkodowań za rzekome straty i szkody, jakie ponieśli wskutek działalności Firmy. Królem naciągaczy okazał się jakiś jego pociotek, który zgłosił się z pretensją, że po burzy (działo się to na wiosnę, kiedy w Libii zdarzają się ulewy), woda z rowu odwadniającego obok jego domu, zanieczyściła mu studnię i uszkodziła pompę. Domagał się oczyszczenia studni i nowej pompy. Podczas wizji lokalnej okazało się, że rów znajduje się kilka metrów poniżej studni i było fizyczną niemożliwością, by woda z rowu mogła się do niej wlać, jako że ciecze nie płyną pod górę. Właściciel gospodarstwa wraz z Karimem, który zjawił się, aby wspomóc pociotka, upierali się, że z woli Allacha jest to możliwe, a nawet całkiem pewne. Z ich słów wynikało, że pole, nawadniane wodą ze studni, jest najżyźniejszym polem na świecie, a kłosy jęczmienia, który tam rósł zawierały ziarna z dukatowego złota.

Ryszard Sługocki - Żelazna obroża

Brak komentarzy do wpisu “Żelazna obroża (odc. 30)”

Zostaw odpowiedź

(wymagane)

(wymagany)