Strona główna » Ryszard Sługocki - Żelazna obroża » Żelazna obroża (odc. 28)

Żelazna obroża (odc. 28)

Wynagrodzenie pobierał od Libijczyków, ale o wiele więcej wyciskał z Firmy za „życzliwość” i przymykanie oczu na niedoróbki. Firma zapewniała mu mieszkanie w willi na terenie Małej Bazy, wyżywienie dla siedmioosobowej rodziny oraz samochód z kierowcą, a pracownicy warsztatu i łopaciarze służyli jako sprzątacze i ogrodnicy. Pomiatał nimi bezlitośnie. Kierowca z kornym ukłonem musiał otwierać drzwi samochodu przed inspektorem i jego małżonką, a dzieci opluwały go i biły. Uginał się pod ciężarem noszonych za nimi pakunków. Cała rodzina nauczyła się kilkunastu słów po polsku, by nim dyrygować, i przekleństw, aby mu wymyślać. Ze mnie Singh też próbował zrobić służącego. Kiedy uznał, że jestem mu potrzebny, wydawał donośny ryk słyszany w całym baraku albo przechodząc koło otwartych drzwi mojego pokoju, kiwał na mnie palcem. Żądał, żebym mu parzył herbatę, mył szklanki i obsługiwał gości. Kiedy odmówiłem, wrzeszczał, że spowoduje zwolnienie mnie z pracy, gdyż zostałem tu przysłany wyłącznie do jego dyspozycji z powodu językowej niemoty, dyrektora Jelonka, i reszty polskiej kadry inżynierskiej.
- Do parzenia herbaty nie jest potrzebna znajomość angielskiego – odgryzłem się.
Obsługiwaniem inspektora i jego gości nadal zajmował się więc siedzący ze mną w pokoju inżynier do spraw rozliczeń, który nie umiał się odszczeknąć.
Singh mówił po angielsku źle i niewyraźnie. Używał wielu słów niezgodnie z ich znaczeniem. Skrobał też jak kura pazurem, rozdzielał lub łączył dowolnie słowa, był na bakier z gramatyką i składnią, nie używał znaków przestankowych ani wielkich liter. Mimo to starał się udowadniać, że to ja niedostatecznie znam angielski, i nawet mu się to początkowo udawało, gdyż faktycznie nie znałem słownictwa technicznego.
- Jak tłumacz nie wie, o co chodzi, to niech go pan odeśle do domu – domagał się za moim pośrednictwem od Jelonka.
Miałem trudności z odczytywaniem jego bazgrołów, ale dość szybko się tego nauczyłem. Opanowałem też specjalistyczne słownictwo, wertując słowniki i specyfikacje robót. Wkrótce zostałem uznany za eksperta w odszyfrowywaniu hieroglifów Singha i zaczęto przysyłać mi jego trudno czytelne raporty z innych baz Firmy. Słodki smak zemsty poczułem, kiedy przyniósł mi do korekty swoje listy.
Podczas codziennych spotkań z dyrektorem Jelonkiem, korzystał z okazji, by podoić Firmę i poniżyć swego rozmówcę. Zadanie miał ułatwione, bo Jelonek, mimo ponad dwuletniego pobytu w Libii, angielskiego się nie nauczył. Program spotkań, narzucony przez inspektora, zawierał zawsze trzy punkty. W pierwszym wytykał błędy i opóźnienia sugerując jednocześnie, że może przymknąć oko, ale to będzie Firmę kosztować. W drugim oskarżał Jelonka, że nie dba o jego przyjaciół Libijczyków, którym obiecał pomoc. Pomoc polegała na naprawianiu za darmo samochodów, plantowaniu terenu wokół domów, opróżnianiu szamb i przepychaniu rur kanalizacyjnych. W trzecim, najważniejszym punkcie zgłaszał pretensje, że Firma nie dba o potrzeby jego i rodziny, twierdząc, że przysyłana do pracy służba niewłaściwie wypełnia obowiązki, zlekceważona została jego kolejna prośba o nowy serwis do kawy i o większą zamrażarkę. Ten brak troski ze strony Firmy zmusi go do zastosowania surowszych zasad przy ocenie robót. Będzie musiał dokładniej zapoznawać się z dokumentacją, co oczywiście przedłuży okres zatwierdzania wykonanych inwestycji i uzyskanie jego zgody na wystawienie faktur. Chyba, że… – tu zawieszał głos.

Ryszard Sługocki - Żelazna obroża

Brak komentarzy do wpisu “Żelazna obroża (odc. 28)”

Zostaw odpowiedź

(wymagane)

(wymagany)