Strona główna » Ryszard Sługocki - Żelazna obroża » Żelazna obroża (odc. 20)

Żelazna obroża (odc. 20)

Ogólnie dostępną rozrywką były pokazy filmów z magnetowidu, znajdującym się w świetlicy. Aby je oglądać, trzeba było mieć dużo samozaparcia i bardzo zdrowe oczy. Taśmy były zdarte do cna. Na ekranie telewizora migotały na przemian kolorowe i czarno-białe obrazy, a z głośnika wydobywały się zgrzyty i piski.
Większość filmów nie była dubbingowana i nie miała polskich napisów, można więc było popuścić wodze wyobraźni. Otwierało to szerokie pole do dyskusji i sporów, które – podlane cekopem – często kończyły się bójką. Powodzeniem cieszyły się filmy z dużą dawką mordobicia i strzelaniny oraz pornosy. Taśmy filmów spod znaku Erosa, często wyświetlane, były w szczególnie opłakanym stanie. Powodowało to dodatkowe efekty wizualne, gdyż genitalia nabierały barwy zielonej lub fioletowej, a ruchy frykcyjne i pozycje erotyczne wykraczały poza najbardziej nawet wybujałą wyobraźnię scenarzystów i reżyserów. Pornosy oglądane były w nabożnym skupieniu i przy dużym zaangażowaniu widzów. Niektórzy przez cały seans trzymali ręce w rozporku.
Można było również do upadłego oglądać jedyny program telewizji libijskiej, pokazującej głównie tańce ludowe wyłącznie w męskim wykonaniu, zielone sztandary, modlących się mułłów, stada baranów oraz pułkownika Kadafiego. Kilka razy w ciągu dnia wyświetlano film o wieszaniu na stadionach w Trypolisie i w Bengazi spiskowców, którzy próbowali dokonać zamachu na życie ukochanego przywódcy. Kamera pokazywała szubienice i stryczki, a potem twarze skazańców i ich ciała, drgające w przedśmiertnej agonii, na zmianę z sielskim krajobrazem, paradami wojskowymi i wykresami obrazującymi rozwój Libii pod jego światłym kierownictwem. Czasem niespodziewanie udawało się złapać program telewizji włoskiej, co przypominało mi, że istnieje także normalny świat.
Mieszkańcy Małej Bazy odczuwali niedosyt zbliżeń męsko-damskich bardziej, niż brak schabowego z kapustą i smalcu z cebulką na razowcu. Niektórzy próbowali dojechać autostopem do odległego o ponad pięćdziesiąt kilometrów centrum medycznego w Zawii, obsadzonego przez rodaczki, ale tubylcy niechętnie zabierali z drogi kogokolwiek, a tym bardziej cudzoziemców.
- Żeby tak mieć motocykl albo przynajmniej rower – wzdychano. Pewien zdesperowany amator pieszczot odbył nawet pieszą wędrówkę do Zawii, ale na miejscu okazało się, że narzeczona jest niedysponowana, a na dodatek ma całonocny dyżur. Tyle miał fartu, że drogę powrotną odbył karetką pogotowia, która akurat przywiozła chorego z Centralnej Bazy.
Do grupy uprzywilejowanych należeli kierowcy ciężarówek, walców drogowych, dźwigów samojezdnych i spychaczy, ale tylko wówczas, gdy na ich trasie znalazł się szpital obsadzony przez rodaczki i udało im się wygospodarować trochę czasu z dnia roboczego. Wśród nich podwójnie uprzywilejowany był Fikołek, który rozwoził „gruszką” cement, ale także miał jedną szóstą udziałów w Tuptusiowym samochodzie, z którego korzystał raz w tygodniu w celu odwiedzania licznych narzeczonych. Fikołek był wysokim brunetem o wyglądzie fryzjerczyka. Miał przylizane włosy, przyklejone do ptasiej główki, i długi nos. Usposobienia był ponurego, rzadko się odzywał, a jeśli już, to tylko na tematy męsko-damskie. Kiedyś został przyłapany sto kilometrów od wyznaczonej trasy. „Gruszka” z betonem kręciła się przed szpitalną przychodnią, a on wykręcał kolejny „numerek” w dyżurce pielęgniarek. Za wykorzystywanie gruszki z cementem do celów „pozasłużbowych” groził mu przyśpieszony zjazd do kraju, ale Tuptuś sprawie łeb ukręcił.
Do wybrańców losu należał również kierowca sanitarki, choć jego kontakty seksualne uzależnione były od wyjazdów z „nagłymi wypadkami”. Nie znał więc dnia ani godziny i musiał pozostawać stale w zasięgu radiotelefonu, który, jak twierdził, uruchamiał się zawsze nie w porę.

Ryszard Sługocki - Żelazna obroża

Brak komentarzy do wpisu “Żelazna obroża (odc. 20)”

Zostaw odpowiedź

(wymagane)

(wymagany)