Strona główna » Maria Diatłowicka - Mozaika rodzinna » Mozaika rodzinna (odc. 47)

Mozaika rodzinna (odc. 47)

Pamiętam też, jak kiedyś przed południem ojciec przyprowadził przypadkowo spotkanego na ulicy znajomego. Był straszliwie wychudzony, płaszcz wisiał na nim jak na kiju, był bardzo blady, zarośnięty, miał wybitnie semickie rysy. Ojciec zawołał gosposię, zapowiedział, że gościa trzeba szybko odkarmić i zaczął wydawać w tej sprawie szereg dyspozycji. Kucharka zapytała, czy zamierza go zabić, bo jeżeli nie, to ona będzie decydowała, jak postępować. Na początek dostanie niewielką porcję kleiku. Obserwowałam, jak ten pan jadł w milczeniu, powoli, z wysiłkiem, ze spuszczonymi oczami, a ojciec miotał się wokół, chcąc okazać mu życzliwość i gościnność. Obiecywał, że jeżeli wszystko będzie dobrze, to jutro dostanie też do kaszki łyżeczkę masła, a jeżeli zajdzie potrzeba, to wezwie się zaprzyjaźnionego lekarza. Wszystko to wydawało mi się niezwykle intrygujące, zwłaszcza że z rozmów dorosłych zorientowałam się, że jeżeli nikt nie zauważył tego pana, gdy do nas wchodził, to właśnie ja jestem dla niego największym zagrożeniem, ponieważ jestem zbyt mała, aby cokolwiek rozumieć i mogę niechcący komuś się wygadać. Gościa ulokowano w gabinecie ojca, który był na końcu korytarza, i zabroniono mi tam zaglądać. Nie wiem, jak długo tam mieszkał, kilkakrotnie przypadkowo spotkałam go w hallu, głaskał mnie wtedy po głowie, wyznał, że miał córeczkę w moim wieku, której bardzo mu brakuje.
Kiedyś w hurtowni HAK ojciec otrzymał w rozliczeniu od Polaka komplet składający się z długiego naszyjnika i bransolety. Duże złote ogniwa wyglądały jak złote rzeźbione ramy obrazów, a w środku każdego znajdowała się płaskorzeźba wyryta w czerwonym koralu. Kamee w naszyjniku przedstawiały członków rodziny o semickich rysach – dostojne matrony, piękne dziewczęta, stateczni panowie, a w bransolecie główki dziecięce. Prawdopodobnie nikt z tej rodziny nie przeżył i był to jedyny po niej ślad. Moja mama ani razu nie włożyła tej biżuterii. Uważała, że wiąże się z nią makabryczna tajemnica, a może przekleństwo. Pamiętam, jak rodzice oglądali ją w ciężkich popowstaniowych czasach, ale uważali, że z jakichś trudnych do nazwania powodów nie powinni jej sprzedać. A może ktoś przeżył i zgłosi się po bezcenną dla niego pamiątkę rodzinną? Problem niespodziewanie został rozwiązany po wojnie, kiedy w Sopocie częste były napady na mieszkania (dokonywane głównie przez radzieckich żołnierzy). Najcenniejsza biżuteria uratowana podczas powstania przez babcię Natalię Macatisową, dosłownie z narażeniem życia, została zdeponowana w sopockim banku. Po pewnym czasie przedstawiciel władzy ludowej złożył ojcu propozycję nie do odrzucenia – albo pokwituje fikcyjny odbiór biżuterii, albo… Był to okres masowych aresztowań i wysiedleń z pasa nadgranicznego tak zwanej przedwojennej inteligencji. Odbiór oczywiście został pokwitowany, a rodzice mieli nadzieję, że zrabowana biżuteria nie przyniesie szczęścia nowym właścicielom.
Rodzice byli kilkakrotnie w getcie. Gdy jeszcze nie zostało ostatecznie zamknięte, można było do niego wchodzić. Odwiedzali znajomych, uczestniczyli w koncertach i recitalach ulubionych aktorów i muzyków. Występy tych artystów w obliczu nieuchronnie nadciągającej śmierci sprawiały wstrząsające, nigdy niezapomniane wrażenie. Kiedyś w wielkiej tajemnicy opowiedzieli mi, że znajomi tam mieszkający zaprosili ich na kolację do restauracji. Rodzice znali ulice getta, po których snuły się tłumy ludzi wyglądających jak widma, widzieli konających z głodu na chodnikach i w bramach. Nie mogli sobie ani tej kolacji wyobrazić, ani też odmówić znajomym, nie sprawiając im wielkiej przykrości. Okazało się, że w restauracji było absolutnie wszystko, łącznie z kawiorem, francuskim szampanem, koniakami i hawańskimi cygarami, tyle, że za zupełnie obłędne, bajońskie sumy. Występowały piosenkarki, zespół girls, a na parkiecie towarzystwo wręcz szalało. Rodzice z przerażeniem patrzyli na tych hulaków, którzy bawili się, mając pełną świadomość, że ich dni są policzone i nieodwołalnie skazani są na śmierć. Osobom postronnym trudno było oprzeć się myśli, że za pieniądze, które tu płynęły, można było przedłużyć życie niektórym głodującym, może o parę dni, a może tygodni. Życie w męce, ale jednak życie. Ostatecznie nic to by nie zmieniło, ale…
Trudno zrozumieć tych „balowiczów ostatniej godziny”, nie będąc w ich sytuacji, a nie rozumiejąc, łatwo potępiać.

Maria Diatłowicka - Mozaika rodzinna

Brak komentarzy do wpisu “Mozaika rodzinna (odc. 47)”

Zostaw odpowiedź

(wymagane)

(wymagany)