Strona główna » Maria Diatłowicka - Mozaika rodzinna » Mozaika rodzinna (odc. 44)

Mozaika rodzinna (odc. 44)

Polscy obywatele, ale inaczej traktowani
Z perspektywy dziecka w wieku przedszkolnym wydawało się, że wszyscy Polacy są zagrożeni ze strony Niemców jednakowo. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że są równi i równiejsi. Odnosiło się to przede wszystkim do osób pochodzenia żydowskiego. Sytuacja Żydów była nieporównanie tragiczniejsza niż wszystkich innych obywateli państwa polskiego, ponieważ z racji swego pochodzenia wszyscy byli skazani na zagładę. Obowiązywały słynne „Prawa norymberskie”, które stanowiły o tym, kto jest, a kto nie jest Żydem. Jeżeli rodzina ochrzciła się dwa pokolenia wcześniej i nie czuła się Żydami, ale chrześcijanami, zdarzało się, że Niemcy to respektowali. Decydowała wtedy nie krew, a stosunek do religii. Znacznie łatwiejsza niż Żydów, ale dużo trudniejsza niż katolików polskiego pochodzenia, była sytuacja Polaków protestantów pochodzenia niemieckiego. Zdaniem okupantów niemiecka krew powinna była określać niemiecką świadomość narodową.
W lutym 1939 roku odbył się w Warszawie Zjazd Ewangelików Polskich. Nasza rodzina gościła wówczas u siebie przez kilka dni Reiffów – dalekich krewnych z Grudziądza i z Torunia. Nikt wtedy nie mógł przypuszczać, że już za kilka miesięcy, gdy wybuchnie wojna i Niemcy zajmą część Polski, będą się rozgrywać dramaty ewangelików przymuszanych do podpisania volkslisty.
W czasie kampanii wrześniowej 1939 roku wśród ludności polskiej wybuchła psychoza i lęk przed piątą kolumną. Krwawa niedziela w Bydgoszczy, a także działania dywersantów na terenie całego kraju dawały racjonalne podstawy tym obawom. Jeszcze przed wojną Niemcy wynaleźli wśród obywateli polskich pochodzenia niemieckiego ludzi, którzy zostali agentami, przeszkolili ich, a w momencie wybuchu wojny podjęli oni swoje dywersyjne działania – sabotaż, wywiad, sianie defetyzmu. Byli powszechne uważani za zdrajców Polski, kraju, w którym często od wielu pokoleń zamieszkiwały ich rodziny, jednak z ich punktu widzenia dochowali wierności narodowi, z którego się wywodzili. W atmosferze powszechnych obaw przed dywersantami bardzo łatwo było ściągnąć na siebie podejrzenie – po prostu znaleźć się w nieodpowiednim miejscu, zadać pytanie, które ktoś uzna za podejrzane albo podczas zaciemnienia zapalić zapałkę czy nie dość dokładnie zasłonić okno. Jeżeli okazało się, że wylegitymowana osoba jest ewangelikiem o niemieckim nazwisku, a tym bardziej niepolsko brzmiącym imieniu, można było stracić życie. Zdarzyło się, że rozstrzelano sporo osób zupełnie niewinnych, tylko z powodu ich niemieckiego pochodzenia.
Niemcy po zajęciu Polski w 1939 roku dążyli do tego, aby kościół ewangelicki stał się niemiecki, jednak napotkali zdecydowany opór. W odpowiedzi w październiku 1939 roku aresztowali wszystkich księży warszawskiej parafii (jedynie poza ciężko chorym zakaźnie pastorem Mieczysławem Rügerem, zamkniętym w areszcie domowym). Większość z nich zginęła w obozach koncentracyjnych.
Wspomnę o postaci mało znanej ogółowi, a najbardziej czczonej w naszej rodzinie – o biskupie Juliuszu Burschem. Był zwierzchnikiem Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w Królestwie Polskim i w niepodległej Polsce. 1 września 1939 roku wygłosił orędzie radiowe, w którym potępił agresję hitlerowską na Polskę. Aresztowany przez gestapo pod zarzutem polonizowania kościoła ewangelickiego w Polsce i wrogości wobec hitlerowskich Niemiec został zesłany do obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen. Zmarł w szpitalu więziennym w Berlinie 20 lutego 1942 roku.
Jan Paweł II podczas nabożeństwa ekumenicznego w kościele ewangelickim św. Trójcy w 1991 roku powiedział o biskupie Burschem: „Ten wielki chrześcijanin i wielki polski patriota wolał oddać życie w niemieckim więzieniu, niż wyrzec się polskości”, swoim życiem i śmiercią zaś zaprzeczył „niejako rozpowszechnionemu przekonaniu, że luteranin to Niemiec, a Polak to katolik”.
Niemcy nakłaniali ewangelików o niemieckich nazwiskach do podpisania volkslisty, a więc do zrzeczenia się polskiego obywatelstwa. Członkowie naszej rodziny byli kilkakrotnie wzywani na rozmowy i mimo wszelkich nacisków odmawiali. W Warszawie parafia licząca kilkanaście tysięcy członków w osiemdziesięciu procentach pozostała przy polskości. Tej postawy nie mogli zrozumieć niemieccy okupanci i szykanowali – z ich punktu widzenia – zdrajców. Niejednokrotnie można było uratować życie, przyznając się do swoich niemieckich korzeni, a jednak warszawscy ewangelicy odrzucali taką możliwość. Ilustruje to najlepiej historia Daniela Göringa zamordowanego w pierwszej masowej egzekucji w nocy z 26 na 27 grudnia 1939 roku. Był on jedynym spośród 107 zatrzymanych Polaków, któremu dano szansę uratowania życia ze względu na niemieckie pochodzenie oraz fakt, że nosił nazwisko marszałka Rzeszy. Ceną za uratowanie życia miało być głośne przyznanie się do tego, że jest Niemcem. Po raz ostatni dano mu tą szansę już na miejscu kaźni. Jego ostatnie słowa brzmiały: jestem Polakiem.

Maria Diatłowicka - Mozaika rodzinna

Brak komentarzy do wpisu “Mozaika rodzinna (odc. 44)”

Zostaw odpowiedź

(wymagane)

(wymagany)