Strona główna » Maria Diatłowicka - Mozaika rodzinna » Mozaika rodzinna (odc. 43)

Mozaika rodzinna (odc. 43)

Codziennie, bez względu na pogodę, chodziłam na spacer, ale na ogół nie do pobliskiego Ogrodu Saskiego, który mama przestała lubić, choć był to park jej dzieciństwa. Przez dobre dwieście lat był to niekwestionowany salon dawnej Warszawy. W pawilonach Instytutu Wód Mineralnych, w alejach parkowych, w oranżerii i cukierni, przy fontannie i altanie z wodą sodową spotykali się mieszkańcy Warszawy z towarzystwa, wymieniali nowinki i plotki, obserwowali modne toalety i słynne piękności, a także rój guwernantek i dzieci. Mama i ciocia Jadzia wspominały czasem, jak w dzieciństwie pięknie stroiła je ich matka, której bardzo zależało na tym, aby spacerowicze doceniali elegancję jej córek. Jako małe dziewczynki szczególną furorę robiły w futerkach z czarnych karakułów, a do tego w beretach i szalikach w szkocką kratę. Żaden dobry kuśnierz nie chciał podjąć się uszycia dziecinnych futerek, więc Natalia uszyła je sama, ucząc się tylko w tym celu sztuki kuśnierskiej. W minionych latach przychodziło do tego parku wielu Żydów z dziećmi. Później, kiedy zostali zamknięci w getcie, a w końcu wymordowani, moja matka miała cały czas dręczącą świadomość ich nieobecności. Mawiała, że pusty i cichy Ogród Saski sprawia na niej przygnębiające wrażenie.
Najczęściej wędrowałam więc do parku Ujazdowskiego. W parku dzieci bynajmniej nie bawiły się „tak sobie”, ale wychowawczynie i bony organizowały im zabawę. Moja wychowawczyni kazała mi na przykład biegać dziesięć razy dookoła klombu za dużym kółkiem popychanym patyczkiem albo wręczała serso (zabawa polegająca na rzucaniu małego kółka i łapaniu go na drewnianą szabelkę) i wybierała do tego partnerów. Teoretycznie w piaskownicy mogłoby być trochę więcej swobody, ale wszystkie opiekunki czuwały, aby ich wychowankowie bawili się w odpowiednim towarzystwie. A w tym milionowym mieście wszyscy wiedzieli albo potrafili ustalić, kto kim jest. Ważna była reputacja rodziny i to czy rodzina jest kulturalna, natomiast zupełnie nieistotny był status majątkowy. Dzieci z rozwiedzionych małżeństw były źle widziane, ponieważ uważano, że miały złe wzory wychowawcze. Pamiętam także, jak mama ostrzegała wychowawczynię, abym przestała przyjaźnić się z dziewczynką z arystokratycznej rodziny, ponieważ najbezpieczniej obcować towarzysko z dziećmi z podobnego środowiska. Mój ojciec protestował, ponieważ wychowywał się w gimnazjum księży Marianów na Bielanach, gdzie był pełen przekrój społeczny, także młodzi arystokraci. Argumenty ojca nie przekonywały mojej mieszczańskiej mamy i babci – miały typową dla tego środowiska krytyczną opinię na temat moralności arystokracji. Stałym towarzyszem moich zabaw był przemiły Krzyś Świętochowski, syn popularnego przedwojennego spikera radiowego, a przyjaciółką od serca była moja siostra cioteczna Kasia Kłosińska. W ciepłe, słoneczne dni, podobnie jak inne dzieci, lubiłyśmy puszczać na stawie żaglówki uwiązane na długich sznurkach.
Wychodząc na spacer, musiałam mijać zawieszoną wysoko na latarni w pobliżu pomnika Kopernika tak zwaną szczekaczkę, z której wrzaskliwym, charczącym głosem, łamaną polszczyzną lub po niemiecku nadawano jakieś komunikaty albo marsze wojskowe. Pomnik ten budził moje żywe zainteresowanie, ponieważ rodzice i babcia kilka razy opowiadali mi, że w rocznicę urodzin Kopernika (11 lutego 1942 roku), w nocy harcerz zdjął niemiecką tablicę, która zasłaniała napis Kopernikowi – rodacy. Prawdę mówiąc, nie rozumiałam, dlaczego taki ważny jest spór o to, czy Kopernik był Polakiem, czy Niemcem, natomiast przejęta byłam tym, że zdjęto tablicę w odległości kilkunastu kroków od kolumnady Pałacu Staszica, pod którą zawsze stała warta niemiecka i tuż obok komendy policji przy Krakowskim Przedmieściu 1. Jak później okazało się, dokonał tego wyczynu podharcmistrz Aleksy Dawidowski, pseudonim „Alek”, z małego sabotażu. Zawsze, kiedy wychodziłam na dwór, zawieszano mi na szyi (tak jak wielu innym dzieciom) rodzaj płóciennego szkaplerzyka, w którym schowany był mój adres, imię i nazwisko, data urodzenia, imiona rodziców, adresy babci i cioci Jadzi, a to wszystko na wypadek jakiegoś nieszczęścia czy łapanki. Kilkakrotnie uciekałam z wychowawczynią przed łapankami. Pamiętam krzyki, tupot nóg biegnących przechodniów, dławiący strach i wrzaski Niemców. Rodzice często przypominali wychowawczyni, aby nie zatrzymywać się, jeśli podczas spaceru natknęłybyśmy się na uliczną egzekucję. W Warszawie były to nierzadkie wydarzenia, ale nigdy nie znalazłyśmy się w takiej sytuacji. Natomiast pamiętam, jak jechałam kiedyś dorożką z mamą i jej przyjaciółką, gdy nagle zaczęły wołać, abym nie patrzyła i gwałtownie zasłaniały mi oczy. Zdążyłam jednak zobaczyć mężczyzn w zimowych płaszczach powieszonych wzdłuż długiego balkonu. Byli to zakładnicy. Ilekroć chcę przywołać pamięć o tym wydarzeniu i przymknę oczy, widzę ten obraz z fotograficzną dokładnością. Było to wstrząsające przeżycie, ale wyjątkowe. Natomiast podczas codziennych spacerów ulicami na mnie, i prawdopodobnie także na innych dzieciach, silne wrażenie robiły liczne postacie kobiet w ciężkiej żałobie, całych w czerni, w kapeluszach z długimi welonami, a w późniejszym okresie żałoby z twarzami zasłoniętymi woalką. Warszawę z czasów okupacji wspominam jednak z dużym sentymentem. Dotąd tęsknię za prawdziwie wielkomiejskim tłumem, który tylko wtedy, jako dziecko, mogłam w tym mieście widywać. Pamiętam spacery tętniącymi życiem warszawskimi ulicami, a szczególnie zimą pędzące sanie i dźwięk ich dzwoneczków, a także niedzielne spacery dorożką Alejami Ujazdowskimi. Rodzice spotykali po drodze wielu znajomych, zatrzymywali się, wymieniali ploteczki towarzyskie, najnowsze informacje, komentowali wydarzenia na froncie, z których niezmiennie wynikało, że koniec wojny i zwycięstwo już blisko. Każdemu spotkaniu towarzyszyło opowiadanie dowcipów politycznych, których krążyło dosłownie bez liku i codziennie powstawały nowe.

Maria Diatłowicka - Mozaika rodzinna

Brak komentarzy do wpisu “Mozaika rodzinna (odc. 43)”

Zostaw odpowiedź

(wymagane)

(wymagany)