Strona główna » Ryszard Sługocki - Żelazna obroża » Żelazna obroża (odc. 17)

Żelazna obroża (odc. 17)

Nie zaniedbywał jednak środków ostrożności. Gotowy wyrób przechowywał w plastikowych zbiornikach po płynach infuzyjnych, które wycyganił z zaprzyjaźnionych ośrodków medycznych. Świetnie się nadawały do tego celu, bo miały kształt kwadratów o boku długości jednego metra i tylko pięć centymetrów grubości. Z łatwością mieściły się za szafą lub pomalowane i ustawione wzdłuż ścian udawały drewnianą boazerię. Stali klienci z kampu zgłaszali się z własnymi naczyniami. Dla pozostałych odbiorców cekop przelewany był do butelek po pepsi coli. Tuptuś dostarczał bezpośrednio tylko niewielką część wyrobów rektyfikacyjnych zaufanym, stałym klientom. Resztę sprzedawał poprzez sieć dystrybucyjną. Zmniejszał ryzyko przy rozprowadzaniu cekopu wśród Libijczyków, korzystając z pośrednictwa miejscowych policjantów.
- W razie wpadki zaklajstrują sprawę, bo przecież żaden się nie przyzna, że ma ze mną spółkę.
Ośrodki medyczne, które przyczyniały się do podniesienia stopnia bezpieczeństwa jego działalności destylacyjnej, znajdowały się w Zawii, około pięćdziesięciu kilometrów od Małej Bazy. Jeden obsadzony był w całości przez polski personel medyczny, drugi częściowo także przez lekarzy i pielęgniarki z Czechosłowacji. Tuptuś, nie dość, że korzystał w nich z bezpłatnych porad lekarskich i leków, to kierował na leczenie zaprzyjaźnione osoby, od których pobierał opłaty. Ponadto żeńskie obsady obu szpitali stanowiły dla niego bazę uciech seksualnych, gdyż, jak twierdził, nieliczny męski personel nie mógł podołać pozasłużbowym „obowiązkom”. Tym bardziej, że niektórzy lekarze niebacznie przywieźli ze sobą żony i, będąc pod stałym nadzorem, wypadli z obiegu.
- Staram się ich wspomóc w miarę sił, bo wiesz pan, nawet najwierniejszym Penelopom, kiedy czas wlecze się im bez końca, listy od mężów przestają wystarczać. Znalazły się też wśród nich amatorki posmakowania miejscowych amantów, ale gorzko tego pożałowały. Beżowi traktowali je jak niewolnice. Wymagali posłuszeństwa i bili za byle co, a jak chciały zakończyć znajomość, grozili śmiercią. Przyłapane przez policję moralności dostawały solidne baty i musiały pożegnać się z pracą w Libii. Przeważnie, dzięki interwencji ambasady, przed deportacją spędzały tylko kilka tygodni w areszcie. A potem, po przyspieszonym powrocie tłumaczyły mężom, że im klimat zaszkodził. Ambasada musiała wydać poufny informator, ostrzegający nasze kobitki przed szukaniem egzotycznych znajomości. Ale to nie zawsze odnosiło skutek. Dopiero niedawna przygoda dwóch jugosłowiańskich pielęgniarek osłabiła chęć do egzotycznych romansów. Dały się zaprosić na przejażdżkę miejscowym dżentelmenom i zostały zawiezione do willi, w której oczekiwało trzynastu kolejnych. Przez tydzień wszyscy korzystali z ich wdzięków, po czym wywieziono dziewczyny na drogę i porzucono w rowie w stanie niemal agonalnym. Po odratowaniu zostały wsadzone do samolotu i odesłane do ojczyzny, bo groziła im odsiadka za niemoralność i naruszenie miejscowych obyczajów.
Oprócz handlu walutą i produkcją gorzały, Tuptuś kręcił inne lody. Beton, używany do budowy dróg, był towarem chodliwym. Każdy Libijczyk chciał mieć utwardzone podwórko i wygodny dojazd do domu. Z reguły co piąta „gruszka” jechała więc „na prywatę”. Przy zwiększonym zapotrzebowaniu Tuptuś stawał przy bramie i dysponował: „gruszka” w prawo dla Firmy, „gruszka” w lewo „na lewo”. Kontrole nigdy niczego nie wykryły.
Tuptuś kręcił lody i dosłownie. Miał blaszany pojemnik z elektrycznym motorkiem, napędzającym dwa rotorki, przypominające miniaturowe śruby okrętowe. Wlewał do niego mocno osłodzoną mleczno-jajeczną masę i uruchamiał silniczek, który wytwarzał niemal tyle samo decybeli, co maszyny w asfalciarni. Zniżałem się do fałszywych zachwytów i pochlebstw nad konsystencją i smakiem wyrobu, z którego był równie, a może jeszcze bardziej dumny niż z jakości masy bitumicznej.

Ryszard Sługocki - Żelazna obroża

Brak komentarzy do wpisu “Żelazna obroża (odc. 17)”

Zostaw odpowiedź

(wymagane)

(wymagany)