Strona główna » Krzysztof Lipka - Nóż na gardle » Nóż na gardle (odc. 29)

Nóż na gardle (odc. 29)

– Tak… masz rację… taki jesteś mądry… i szlachetny. Nosisz czapkę frygijską jak tiarę. Jesteś wielki, Davidzie, wielki…
– To on był wielki.
– No, owszem… był, jak mało kto wśród nas, przecież… zawsze uczciwy, prostolinijny… On potrafił przeciwstawić despotyzmowi królów despotyzm wolności! Wiesz, że go nie lubiłem, spieraliśmy się, ale to były tylko przelotne nieporozumienia, może nie zawsze wszystko rozumiał, ale nie sposób było wątpić w jego intencje…
– I umarł tak, jak żył.
– Czy w tej uwadze zawierasz też nieco ironii? Bo żył koszmarnie…
– Hmmm, zapewne, rzeczywistość go uwierała, jak ta wciąż swędząca skóra…
– Tak. I tak go pokazałeś, umęczonego, lecz czystego… zarazem jego życie prywatne i publiczne w nierozerwalnym związku. Ta nieodzowna wanna! Widać, jak cierpi na schorzenie, które łagodziły tylko kąpiele! A przecież nie przestaje pracować… Pokazałeś go intymnie, a zarazem pośród tego… tego prostego i wzniosłego teatru jego codzienności, oddanej na pospólne potrzeby. Jest tu jednocześnie bezradny i bohaterski… i w tym przedstawieniu, w tej prawdzie jest właśnie twoje mistrzostwo, twój tryumf… twój, Davidzie, nie jego! Cha, cha!
Maksymilian się śmiał. On, którego nikt nigdy nie oglądał uśmiechniętego, poza uśmieszkiem sztucznym i groźnym, jakiego najbardziej należało się wystrzegać, śmiał się w najmniej, jak mogło się wydać, odpowiedniej chwili. Szczerze i głęboko. Nie śmiał się z Marata, śmiał się z życia, z losu, z ich wspólnej rewolucyjnej drogi, która tutaj, w obliczu śmierci i sztuki, i tego symbolicznego nagrobka, była już tylko śmiechu warta.
– Śmieję się, bo to straszne… – próbował się tłumaczyć. – To wszystko straszne i tylko ty, Davidzie, wyjdziesz z tego obronną ręką. Tylko ty…
– Moje miejsce, Maksymilianie, osądzą potomni, a on, Jean-Paul, na trwałe wywalczył sobie własną, nienaruszalną pozycję w wieczności… zdobył ją tym niezwykłym oddaniem sprawom publicznym.
– Znakomicie uchwyciłeś podobieństwo, nie na darmo śpiewają o tobie uliczni szansoniści, że jesteś Rafaelem sankiulotów!
– Przestań!
– Tak, paradoksalnie trzeba to powtórzyć: oto Marat jak żywy.
– Trochę mu wygładziłem ospowatość twarzy, ale przecież, wiesz dobrze, wyglądał wciąż młodo, choć miał pięćdziesiątkę.
– Brakuje mi go czasem, był jednym z nielicznych, którzy zostawili po sobie puste miejsce. Czy myślisz, że… że i o nas też ktoś tak kiedyś powie?
– Nie jesteś w najlepszym nastroju, jak widzę? Kłopoty?
– Cóż, jak zawsze, w życiu, które prowadzę, nie ma miejsca na spokój, nie ma…
Rozmawiali oddalając się od pośmiertnego konterfektu Marata. Mimochodem Maksymilian rzucił okiem na już gotowy portret Luizy Trudaine, skrzywił się niechętnie przed tym zaskakującym obrazem, o braciach dziwnej modelki nie myślał najlepiej. Doszli do drzwi balkonowych i usiedli w fotelach. Zapadła chwila ciszy, Robes-
pierre rozglądał się niby to ciekawie po pracowni, ale można było zauważyć, że czyni to raczej odruchowo. Miał ochotę nawiązać z przyjacielem poważniejszą rozmowę, lecz silne przeżycie wizerunku Marata odsunęło tę potrzebę gdzieś w głąb. Wzrok jego zatrzymał się na palecie malarza, która spoczywała na stoliku obok i błądził tam od plamy do plamy, śledząc niekształtne kontury i barwy rozrabianych farb. To zadziwiające, ilu tutaj można się było dopatrzyć składników, wszelkie możliwe kolory, odcienie, mieszaniny, tony pośrednie, zestawy i kontrasty… Zadziwiające, bo David nie był przecież kolorystą! Wielki artysta widać nie może posługiwać się tylko paroma podstawowymi barwami, i to nawet wówczas, gdy efekt jego pracy, gdy jego dzieło wydaje się osiągnięte tradycyjną, utartą, a kolorystycznie zredukowaną techniką.

Krzysztof Lipka - Nóż na gardle

Brak komentarzy do wpisu “Nóż na gardle (odc. 29)”

Zostaw odpowiedź

(wymagane)

(wymagany)