Strona główna » Krzysztof Lipka - Nóż na gardle » Nóż na gardle (odc. 27)

Nóż na gardle (odc. 27)

Rękopis wypadł z ręki Maksymiliana. Zawsze wiedział, że wszędzie czyhają wrogowie, ale kto wówczas stał za tamtym artykułem, wciąż było dlań tajemnicą. A więc to Maréchal! I on! Autor pamiętnika! Ten podły drań uknuł przeciwko niemu wtedy tamtą intrygę, próbował mu zaszkodzić! Rzeczywiście w bardzo trudnej chwili. Zacisnął pięści. No, niedoczekanie, teraz wie wszystko, zemści się okrutnie, w jedyny sposób, na jaki ten postępek zasługuje. Trzeba tylko rozszyfrować tego łotra! Tego anonimowego autora zapisków! Kim on jest? Należy wzmóc i rozszerzyć poszukiwania…
Ale jeszcze coś innego wydało mu się w tej chwili znacznie ważniejsze, bo bardziej niebezpieczne: ten prostak był rzeczywiście tuż, tuż od wykrycia najtajniejszych źródeł jego postępowania, gdyby był choć trochę bardziej domyślny, choć trochę mniej konwencjonalny w spekulacji, byłby odkrył wtenczas najbardziej skrywaną jego tajemnicę. Tajemnicę dotyczącą oczywiście nie księżny de Lamballe, choć faktycznie miała ona migdałowe, podobne do Kamila oczy, tajemnica dotyczyła samej fascynacji odciętą głową, fascynacji niezwykłej, bo szczególnego rodzaju. Fascynacji, do której Maksymilian byłby się może bał przyznać nawet sam przed sobą…
Zadrżał i po raz drugi tej nocy wtulił głowę głęboko w poduszkę, trzęsąc się z lęku i samotności, aż udręczony zapadł raczej w rodzaj gorączkowego letargu niż w sen. Nawiedziły go oczywiście koszmary. Nic zresztą nowego, to samo, co zwykle. Jechał na wózku katowskim, otoczony jakimiś obrzydliwymi typami… I tym razem znów obserwował z bliska, jak kat podnosi za włosy wyciągniętą z kosza głowę, jego głowę, i wyprostowanym ramieniem pokazuje ją wrzeszczącej tłuszczy. Obraca się przy tym w kierunku większych grup sankiulotów, a głowa dynda i podskakuje w jego ręku jak zawieszona na nitkach komiczna marionetka. Ale po chwili rzuca ją na zawsze już niemal przepełniony wózek i odwraca się od tłumu, do dalszej roboty. Na placu zalega chwila ciszy, łomocze potężny nóż, chrzęści na kolejnym gardle i natychmiast radość wybucha od nowa. Ça ira!
Ale kiedy zajechali pod szafot, ujrzał z przerażeniem, że kat jest Dantonem, a raźnie parskającym koniem kibitki Maksymiliana – Desmoulins…
„À propos skoro już mowa o znajomych”, pomyślał, trzeba wreszcie wydać nakaz aresztowania Lavoisiera.”
Po tej decyzji podjął jednak próbę skierowania myśli w łagodniejszą stronę i próbował zasnąć. Jego poduszka, jak niemal każdego ranka, była zbroczona krwią…

Nawiedziło go zaraz wspomnienie prawdziwego przyjaciela.

Postanowił je wreszcie ucieleśnić nazajutrz, rankiem 22. frimaire’a. Według kalendarza rewolucyjnego, drugi dzień trzeciej dekady tego miesiąca nosił nazwę Dnia Wrzosu. Mimo to leżał już śnieg za oknem, czego nie lubił, odebrał mu resztki humoru. Czuł się tak okropnie, że zdecydował się zaniedbać kilka spraw, które miał do załatwienia w Komitecie Ocalenia Publicznego. Po lekkim i szybkim śniadaniu, z dużą ilością kawy, zrezygnował z codziennej wizyty fryzjera o ósmej rano; po bardzo starannej toalecie, kiedy nawet nie stronił od dyskretnego różu i niecałkiem męskich perfum, nałożył swój ulubiony błękitny płaszcz, uzupełniony czarnym kapeluszem i wyszedł z domu, nie wiedząc jeszcze zupełnie świadomie, dokąd zmierza. Już od pewnego czasu odczuwał potrzebę jakiejś serdecznej rozmowy, spotkania z kimś bliskim, wiernym, stojącym choćby nieco na uboczu spraw, które coraz mocniej go przytłaczały. Z kimś bliskim, kto jednak nie był na tyle bliski, by go każdym słowem czy spojrzeniem ranić. Ranić jak wszyscy zbyt bliscy. A taki człowiek był tylko jeden, David. I poczuł nagle, że musi porozmawiać z Davidem. Musi!
O tej porze artysta zawsze był w swej pracowni, którą Zgromadzenie przydzieliło mu w poklasztornym budynku feuillantów tuż koło Tuilerii. Mistrz zwyczajowo przeznaczał cały poranek na samotne spacery we wnętrzu pośród własnych płócien, na dumanie, lekkie poprawki, oglądanie ostatnich szkiców w dobrym świetle, na rzucenie na olejne szkice drobnych impastów (grubych nie lubił) czy poprawianie blików, na przetarcie i wygładzenie zbyt mocnych wczorajszych pociągnięć pędzla. A uczniowie i pomocnicy zjawiali się dopiero później. Nie była to pora wizyt, lecz kilku bliskich przyjaciół mogło się tu pojawić zawsze.

Krzysztof Lipka - Nóż na gardle

Brak komentarzy do wpisu “Nóż na gardle (odc. 27)”

Zostaw odpowiedź

(wymagane)

(wymagany)