Strona główna » Krzysztof Beśka - Fabryka frajerów » Fabryka frajerów (odc. 30)

Fabryka frajerów (odc. 30)

Cisza. Cisza zupełna, głucha, przerażająca. Nawet jarzeniówki nie mruczą.
– No, to może jednak wpadlibyście do mnie dziś wieczorem na brydżyka? Mam naprawdę dobre winko.
– Dziś nie mogę, poważnie. Muszę się przygotować do tej jutrzejszej sprawy.
– Naprawdę się rozwodzicie?
– W końcu się wydało.
– Ja go ciach, a on mi w piach. Ja go na pół, a on mi w dół.
– Jakie miał życie?
Cisza. Podnoszę powoli wzrok. Patrzą na mnie pytająco. Ręce całe we krwi, między materiałem masek i czepków zmęczone oczy i zmarszczone, świecące się od kropel potu czoła.
– Nie wiem – odpowiadam ze ściśniętym gardłem. – Prawie się nie znaliśmy…
Z lewej strony dobiega śmiech zza kadru, niczym strumień zimnej wody prosto w twarz.
– Hej, kolego nasz!
Podłoga przemyka przez wąski kadr, za nią sufit i światła.
– Zasnął.
Stoją nade mną we dwóch: Piotr i Robert. Piotr w białym turbanie z bandaży. Siostra zbiera sprawnie wszystkie rzeczy, zakrwawione waciki i znika za drzwiami. Pocieram oczy.
– Teraz możemy spokojnie pogadać – mówi doktor. – Napijecie się czegoś?
– A co masz? – interesuje się świeżo opatrzony.
– Zawsze pierwszy – prycha śmiechem doktor Skrzynecki. – A tak właściwie, bo nie zdążyłem zapytać…
– Co?
– Gdzie ty byłeś przez te wszystkie lata?
Właściwie też chciałem od początku o to zapytać.
– Trochę tu, trochę tam… – odpowiada wymijająco Piotrek.
– Zniknąłeś wtedy tak szybko. Nic nam nie chcieli powiedzieć…
Piotr też nic nam nie odpowiada. Tylko kiwa głową i uśmiecha się tajemniczo, choć najwyraźniej walcząc z bólem.
– To gdzie byłeś? – docieka lekarz.
Zamiast odpowiedzi terkoce telefon na biurku. Doktor podnosi słuchawkę i chwilę pilnie nasłuchuje.
– Dobrze – rzecze w sitko, po czym kładzie słuchawkę na widełki. – O czym to ja mówiłem?
– O czymś do picia – podpowiadam ochoczo.
– Jasne! – zgadza się lekarz, po czym wstaje, podchodzi do szafki, z której wyjmuje karafkę z jakimś ciemnoczerwonym, szlachetnym zapewne płynem i trzy kieliszeczki.
– Na ulicy bym cię nie poznał, „Skrzynka” – stwierdzam, gdy lekarz siada ciężko na krześle, na którym ledwo się mieści. – Trochę urosłeś.
– Cóż, wszyscy się starzejemy – wzrusza ramionami, po czym zabiera się do odmierzania alkoholu w szklanych pięćdziesiątkach.
Wypijamy po kolejce.
– Mocna rzecz – oceniam.
– Dziękuję w imieniu firmy – śmieje się Skrzynecki. – To co, na drugą nóżkę?
– Chyba już gdzieś o tym czytałem – marszczę czoło w udawanym gniewie. – Zaraz, gdzieś tu miałem dyktafon i komórkę. I wizytówkę kumpla z „Super Expressu”. Damy tak: „Pijany lekarz na dyżurze przyjmował pacjentów”. Albo: „Kolejny skandal w służbie zdrowia”. I trzy wykrzykniki.
Doktor Skrzynecki od razu podejmuje grę.
– Proponuję inny tytuł: „Bydlak w lekarskim fartuchu”.
– Pamiętaj o wykrzyknikach.
Śmiejemy się wszyscy trzej. Jak za starych, dobrych czasów, które na pewno za chwilę powrócą. Choć tylko w rozmowie, choć tylko w zacierającym się wspomnieniu jednego, które od razu zweryfikują inni, nie ujmując mu jednak ani grama słodyczy…
– A co ty tu właściwie robisz? – pyta lekarza milczący dotąd Piotr.
– Kurwię się za pieniądze – odpowiada Robert z szerokim uśmiechem.
Wypijamy po następnej kolejce. Nalewka własnej roboty, jak po raz kolejny podkreśla Skrzynecki, jest słodka i rozgrzewa szybko. Ciepła błogość rozlewa mi się po wnętrznościach, zaczyna zlepiać powieki i lekko szumieć w głowie.
– Stacjonuję prawie pod litewską granicą, gdzie jestem głównym lekarzem jednostki – mówi Skrzynecki, wygodnie wyciągnąwszy się w fotelu. – Dowódca chciał ze mnie zrobić prawdziwego oficera i zaczął mnie trochę ganiać.
– Skąd my to znamy… – wtrącam.
– Tylko że zmienił zdanie, jak się nad nim pewnego pięknego dnia kostucha zbyt nisko pochyliła. I od tej pory mam spokój – śmieje się znów, zacierając ręce z zadowoleniem.
– Wcześniej pracowałem w Siedlcach, no to jeżdżę tam sobie dalej, raz na tydzień. Fajny zespół lekarski, zupełnie nowy sprzęt, to czemu nie? A po drodze zaliczam jeszcze dwa szpitale: w Ostrowi i tutaj. I tak w kółko, przez cały miesiąc.
– Współczuję – bąka Piotr i od razu zakrywa sobie usta.
– Daj spokój. Fajnie jest. Wolę to, niż siedzieć przez cały tydzień na dupie.

Krzysztof Beśka - Fabryka frajerów

Brak komentarzy do wpisu “Fabryka frajerów (odc. 30)”

Zostaw odpowiedź

(wymagane)

(wymagany)