Strona główna » Krzysztof Beśka - Fabryka frajerów » Fabryka frajerów (odc. 29)

Fabryka frajerów (odc. 29)

Instynkt lekarza zwycięża jednak nad ciekawością. Robert wstaje zza biurka i zaczyna badać rannego. Po chwili do gabinetu wchodzi ładna pielęgniarka i przynosi na tacy jakieś środki opatrunkowe. Oboje zajmują się chorym. Ja siadam z boku, w milczeniu przyglądając się zabiegowi.
Jest cisza zupełna, słychać tylko jednostajne buczenie jarzeniowych lamp pod sufitem. Nawet owady zrezygnowały ze swojej walki, gdzieś się pochowały.
Nagle światła zmieniają się na niebieskie, a raczej fiołkowe. Pamiętam dobrze ten kolor. Kiedy byłem mały i przechodziłem z mamą koło szpitala, pytałem, czemu niektóre okna są niebieskie. Odpowiadała, że tam leżą ludzie, z którymi jest bardzo źle.
Przenoszę wzrok w miejsce, gdzie siedzi Piotr. Zamiast niego widzę jednak kilkoro ludzi w zielonych fartuchach, czepkach na głowach i maskach na twarzach. Niektórzy stoją odwróceni plecami. Wszyscy pochylają się nad czymś lub nad kimś. Ich płynne ruchy świadczą o jakiejś czynności. Szybko staje się jasne, co robią.
– Skalpel, proszę – słyszę spokojny męski głos.
– Odsysacz – wtóruje mu dźwięczny tenor.
– Tampon – to znów ten pierwszy.
– Ciśnienie w normie – do duetu dołącza trzeci głos, kobiecy.
To mnie uspokaja. Szczęk metalowych przedmiotów o blaszaną tackę. Czyste sztućce!
Za chwilę podadzą smaczną kolację. Właściwie to zupełnie o niej zapomniałem.
– Otwieram go.
– Bliżej daj odsysacz.
– Jeszcze jeden tampon poproszę. Jak ciśnienie? Nie odlatuje nam?
– Ciśnienie w normie.
Jak w normie, to w normie. Nie wiem, po cholerę ludzie panikują przed salą operacyjną. Trochę zaufania. A takie światło mógłbym właściwie zafundować sobie w domu.
– Ja go ciach, a on mi w piach! – podśpiewuje sobie tenor.
– Dasz sobie radę? Dawno nie operowałeś… – pyta kobieta.
– Ćwiczył na swoim psie – śmieje się ktoś pod maską, ale nawet w tym śmiechu jakiś spokój, jakieś skupienie.
– Znałem kiedyś takiego fachurę od elektryki. Zawsze rano ręce mu się trzęsły w delirze. Dopiero jak strzelił sobie pięćdziesiątkę albo jasne pełne, mógł się zabierać do pracy. A robił przy bardzo delikatnych urządzeniach. Druciki, oporniczki.
– Jeszcze jeden tampon poproszę.
– Może wpadlibyście do mnie dziś wieczorem na brydżyka? Mam dobre winko.
– Dziś nie mogę. Muszę się przygotować do sprawy.
– Naprawdę się rozwodzicie?
– Dowiedziała się w końcu.
Trochę mi tak głupio siedzieć i podsłuchiwać. Rozmowa to, bądź co bądź, prywatna.
– Ja go ciach, a on mi w piach. Ja go na pół, a on mi w dół.
– Daj mi ten tampon, do cholery. Cieknie jak przy świniobiciu.
– Ciśnienie spada. Ciśnienie spada!
– Zatrzymanie akcji serca. Tracimy go!
Gdzieś z góry spada głośny, twardy akord. E-moll chyba.
– Dziesięć miligramów dożylnie.
– Nic.
Po chwili jeszcze raz, wzmocniony dźwiękiem kotła.
– Elektrody. Dwieście. Raz!
– Nadal nic.
Za nim lecą smyki, raz-dwa, raz-dwa.
– Jeszcze raz.
– Dwadzieścia miligramów dożylnie.
– Nic.
Wśród smyków coraz wyraźniejszy staje się jeden żałosny, wydłużający się jęk.
– Kurwa mać! Wiedziałem od początku.
– Czas zgonu?
– Dwudziesta pierwsza zero sześć.

Krzysztof Beśka - Fabryka frajerów

Brak komentarzy do wpisu “Fabryka frajerów (odc. 29)”

Zostaw odpowiedź

(wymagane)

(wymagany)