Strona główna » Krzysztof Beśka - Fabryka frajerów » Fabryka frajerów (odc. 28)

Fabryka frajerów (odc. 28)

„Karakan”, wbity w niemodny garniturek w drobną krateczkę i pantofle na wysokim obcasie à la dekada sukcesu, pilnował, żebyśmy również wyglądali odświętnie. A to oznaczało, że musieliśmy się ubrać w mundury galowe. Jeszcze się nie zdążyły mocno zakurzyć od chwili inauguracji roku szkolnego.
Obstawieni dodatkowo przez wychowawców (czyżby zaczynano się bać rozruchów lub dezercji?), ruszyliśmy tym razem do miejskiego teatru. Znałem ten stary poniemiecki gmach, położony w centrum miasta, gdyż pod koniec nauki w szkole podstawowej przywieźli nas tutaj na jakąś sztukę. Chyba była to „Zemsta” Aleksandra Fredry.
A ja nawet lubiłem teatr, tym bardziej że i bilety na spektakle były w tamtych czasach dość tanie. Dużo tańsze niż do kina. Tym razem jednak o klasyce można było tylko pomarzyć, chociaż nie do końca…
– Idziecie na Mrożka, na sztukę Mrożka Sławomira – kierownik internatu, który też był na swoim posterunku, sprawdzał coś w cienkiej broszurze, która mogła być równie dobrze teatralnym programem, jak i wytycznymi, co z nami zrobić na wypadek buntu. – Tak, Mrożek. Sztuka nosi tytuł „Tango”, a będą to gościnne występy teatru z… Leningradu.
Widownia była bardzo ładna. Zajęliśmy cały jej środek. Gdyby ktoś spojrzał w dół z balkonu, zobaczyłby jedną wielką granatową plamę. Po bokach przycupnęli nieśmiało jacyś cywile.
Rozpoczęło się przedstawienie. Z którego nie zrozumieliśmy nic. Jakieś wrzaski, gonitwy po scenie, to akurat fajne było i nieco nas ożywiało. Antrakt powitaliśmy z prawdziwą wdzięcznością.
– Która godzina? – zapytał mnie „Milimetr”, gdy staliśmy w foyer teatru.
– Za piętnaście szósta – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
– Szósta?! – zawołał ktoś z chłopaków, a w jego głosie wyraźnie zabrzmiało przerażenie. – A co z kolacją?
Pięć minut później byliśmy już w drodze do internatu. Trzeba było zdrowo wyciągać nogi, ale ssanie w żołądku było dobrym doradcą. Ani kapitan, ani nikt z wychowawców nie zgłaszał sprzeciwu. Pewnie w duchu modlili się, żeby nikt nie wytknął im tego niedopatrzenia.
Za to nikt nie pomyślał chyba o tych biednych aktorach, którzy po wejściu na drugi akt zastali niemal pustą widownię…
A kiedy wieczorem kładliśmy się spać, byliśmy bardziej zmęczeni niż po całym tygodniu wytężonej nauki. Tak oto, bez chwili na nudę i kulturalnie, minął nam jeden z pierwszych weekendów w nowej szkole.

*

Lampy jarzeniowe w poczekalni izby przyjęć szpitala buczą miarowo, zmieniając co chwilę ton. Wyższy i niższy, ale wciąż płaczliwy. Komary nadal uparcie obijają się o biały sufit. Czyżby swoimi owadzimi oczyma widziały za nim jakiś inny, lepszy świat? Na szarym, pokrytym bąblami i zrytym miejscami przez buty pacjentów gumoleum stukają wreszcie obcasy korkowych butów.
Podnoszę powoli wzrok. Białe buty, białe spodnie. Lekarz.
– Panowie do mnie? – pyta i nie czekając odpowiedzi, ordynuje sucho: – Zapraszam do mojego gabinetu.
Mężczyzna odwraca się i rusza w kierunku załomu korytarza. Nie zdążyłem nawet przyjrzeć się jego twarzy. Ciemnowłosy, wysoki, kawał chłopa – tyle tylko udaje mi się zarejestrować. I ten głos… Głos lekarza wydaje mi się skądś znajomy.
W taką noc wszystko się może wydawać – myślę sobie, wstając z krzesła.
– Obudź się – lekko klepię rannego po ramieniu. – Lekarz przyszedł.
– Nie śpię – odpowiada Piotr, nie otwierając oczu.
Stęka, wstaje, zatacza się, ale szybko odzyskuje pion. Wciąż kulejąc, rusza w stronę drzwi, za którymi właśnie znikał dyżurny lekarz.
– Może ci pomogę? – ofiaruję się, ale ranny łagodnym, lecz zdecydowanym ruchem odsuwa moją rękę.
Po chwili wchodzimy do gabinetu. Lekarz siedzi za biurkiem i coś notuje. Pisarz jaki czy co? Wszyscy tylko zapisują: gliniarze na ulicach, lekarze w szpitalach. Bronić i leczyć, a nie się opierdalać. Od tego ja tu jestem.
– Proszę usiąść – mruczy, nie podnosząc wzroku. – Pan zaczeka na zewnątrz.
– Przepraszam – mówię, odwracając się na pięcie.
Już mam nacisnąć klamkę, kiedy dogania mnie głos lekarza.
– Bemek?
Co za noc – myślę znów, przypatrując się z uwagą liszajom białej farby na drzwiach.
– Czy my się czasem nie znamy? – odzywa się znów lekarz.
– Robert Skrzynecki! – brzmi moja odpowiedź.
Za biurkiem siedzi w istocie Robert Skrzynecki, nasz szkolny kolega, patrzy na nas ze zdumieniem zza szkieł okularów i uśmiecha się szeroko.
– Co wy tu robicie? – pyta.
– Dokładnie godzinę temu na szosie zapytałem o to Piotra.

Krzysztof Beśka - Fabryka frajerów

Brak komentarzy do wpisu “Fabryka frajerów (odc. 28)”

Zostaw odpowiedź

(wymagane)

(wymagany)