Strona główna » Krzysztof Beśka - Fabryka frajerów » Fabryka frajerów (odc. 27)

Fabryka frajerów (odc. 27)

– Dokąd tym razem? – zapytał złośliwie obywatela kapitana Jurek Kutrzeba, ten czarny z jeżykiem, teraz mokrym po porannej toalecie. A kapitan pewnie też musiał przechodzić prawdziwe katusze, że oto każą mu i w niedzielę zapierdalać do roboty i zatruwać nam dupy.
– Do kina – odparł półgębkiem nasz opiekun roku.
– Przecież byliśmy wczoraj – próbował protestować Zajączek, ale Karżyński już sięgał po kajet i nazbyt wnikliwy kolega zamilknął, chowając się za plecami innych towarzyszy w biedzie.
– Idziemy na odczyt, a potem będzie film – warknął wreszcie „Karakan”.
– Z podchorążym Taranem? – zapytałem, wietrząc w tym przynajmniej szansę na powtórkę dobrej zabawy z wczoraj.
– Z podchorążym Taranem – potwierdził kapitan i zaraz szybko, nie bez dumy dopowiedział: – I ze mną.
No i ruszyliśmy. Do lasu. Tamtędy było bowiem można dotrzeć na skróty, brodząc po kostki w opadłych liściach, do kina garnizonowego, które, podobnie jak większość tego typu kin w dużych miastach garnizonowych w tym kraju, nazywało się „Grunwald”. Tam czekały na nas wyjątkowe atrakcje. Ktoś nawet próbował coś zaśpiewać, ale szybko kazaliśmy mu się zamknąć.
W zatopionej w półmroku sali kinowej czekało już kilka plutonów żołnierzy służby zasadniczej i śmierdziało równo. Zajęliśmy skromnie miejsca z tyłu. Kilku z nas, którzy wynieśli naukę z wczorajszego seansu filmowego, zabierając ze sobą kurtki – od razu miejsca leżące. Po prostu organizowali sobie posłanie między rzędami foteli i spokojnie zaczynali odsypiać nockę. Większość jednak zainteresował ów odczyt, który miał poprzedzić seans filmowy.
Na mównicę wkroczył dziarskim krokiem zasuszony staruszek. Przegięty w krzyżu jak nasz siłacz i miłośnik panienek, Pawełek Grot, który jakiś czas temu znalazł na ulicy stówę z Waryńskim i już nie potrafił inaczej chodzić. Weteran potoczył wzrokiem po sali. Kilka rzędów medali, które ciągnęły mu marynarkę w dół, zabrzęczało zamiast braw. Stuknął kilka razy w mikrofon, założył na nos okulary, po czym dobył z kieszeni plik kartek.
– O ja pierdolę – zaklął cicho Tomek Langiewicz, ten blondas z pamiętnej kolejki, najbardziej wygadany, a reszta skazańców zgodziła się z nim głośnym westchnieniem.
– Droga młodzieży – zaczął z werwą i lekką sapką staruszek na mównicy. – Na początku 1942 roku linia frontu przesunęła się…
Śniło mi się, że jestem ze swoją dziewczyną. To znaczy pierwszy raz widziałem ją na oczy, ale skądś wiedziałem, że jest moja. Siedzieliśmy na piasku, nad brzegiem morza. Dzień był słoneczny, upalny, ale i wietrzny. Spienione fale miarowo uderzały o brzeg. Jeszcze raz. I jeszcze raz…
Uderzyłem głową o poręcz fotela. Wybrzmiała jeszcze jedna salwa katiusz na ekranie, a może to było morze. Nie, to był tylko film. Rosjanie bronili jakiegoś miasta przed hitlerowcami. I będą tak bronić jeszcze kilka godzin, więc może iść za przykładem chrapiących już zdrowo kolegów?
Zerknąłem w prawo. Kimali niemal wszyscy. Sprawdziłem z drugiej strony. Jeden patrzył w ekran i… miał łzy w oczach. Nazywał się Bogusław Jagmin. Jeszcze dość słabo się znaliśmy.
– Co ci jest? – zapytałem szeptem.
– Nic – odparł po chwili, wycierając nos końcem rękawa.
– Wzruszyłeś się?
Bodek spojrzał na mnie dziwnie i westchnął głęboko.
– Dziś jest niedziela, nie?
– Niedziela.
– Dziś opuściłem pierwszą mszę w życiu. Pierwszą, rozumiesz?
– Mszę?
– Jest niedziela, a ja nie byłem w kościele!
Zupełnie mnie zatkało. Nie wiedziałem, co powiedzieć.
– To może wieczorem będziesz mógł iść…
– Może – przygryzł tylko wargi i głośno siąknął nosem.
Ale nie mógł. Na niedzielny wieczór zaplanowano bowiem… wyjście do teatru.

Krzysztof Beśka - Fabryka frajerów

Brak komentarzy do wpisu “Fabryka frajerów (odc. 27)”

Zostaw odpowiedź

(wymagane)

(wymagany)