Strona główna » Krzysztof Beśka - Fabryka frajerów » Fabryka frajerów (odc. 26)

Fabryka frajerów (odc. 26)

Zabuczało, choć w pobliżu nie przebiegała żadna linia wysokiego napięcia. Kapitan nie zareagował. Czyżby miał dla nas jeszcze jakąś niespodziankę?
– Grupą dowodzi kapral podchorąży Taran.
Zabuczało jeszcze bardziej. Może z transformatora, co stał niedaleko jeziora.
„Bażant” Taran, ubrany w wyjściowy mundur, wyprężył się służbiście. Świński blondynek z rudym wąsikiem, grubo ciosany; na nosie lecznicze okulary, ciemniejące na słońcu. Już wcześniej nieźle zdążył nam się dać we znaki: biegał po internacie jak rączy jeleń, budził nas, opierdalał i spisywał opornych. W szkole chadzał też na zastępstwa przedmiotów ścisłych, nie szczędząc nam uwag i złośliwostek. Nie powinien się nazywać Taran, a raczej Młotek.
– Baczność! Spocznij! W prawo zwrot! Naprzód marsz! – zaczął wydawać komendy, drąc się jak rasowy zupak.
Powlekliśmy się niczym grupa jeńców nazajutrz po rozbiciu pułku przez przeważające siły wroga. Ale już po kilku chwilach wrócił nam wigor i dobry humor. Bo zawsze potrafiliśmy znaleźć sposobność do dobrej zabawy. No bo kiedy, jak nie teraz?
W szkole chorążych, gdzie kilka miesięcy wcześniej „popełniliśmy życiowy błąd”, mieliśmy zwiedzać. Na pierwszy ogień poszła izba pamięci. Wisiały w niej historyczne sztandary, jakieś spłowiałe mundury, zardzewiałe hełmy i broń. Obowiązkowe mapki ze strzałkami oznaczającymi ruchy zwycięzców i pokonanych. To wszystko jakoś przeżyliśmy.
Potem zaprowadzono nas do salki, gdzie prezentowano broń palną, ręczną i maszynową.
– To jest pistolet TT, czyli popularna tetetka – poinformował nas znudzony oficer-historyk, po czym podał egzemplarz pierwszemu z brzegu, by go sobie dokładnie obejrzał i przekazał dalej.
Następnie na warsztat poszedł kałasznikow, pistolety P-64 i P-83 i jakieś inne śmiercionośne żelastwo, jak to kiedyś pięknie określił jeden z kandydatów, którego poznaliśmy na egzaminach. Zdał wtedy z łatwością, po czym od razu… zrezygnował. A z takim kwitkiem mógł się zresztą dostać, dokąd chciał. I taki chyba miał zamiar od samego początku.
– Gdzie tetetka? – w pewnej chwili oficer potoczył groźnym wzrokiem po naszej grupie. – Proszę już oddać egzemplarz.
Oddaliśmy grzecznie. Mężczyzna wziął pistolet do ręki i zbladł.
– A gdzie jest magazynek? Kto wyjął magazynek z pistoletu?!
I więcej już nie zwiedzaliśmy szkoły chorążych.
Powrót do internatu też był wesoły. Taran, biedaczysko, biegał wzdłuż kolumny, usiłując nadać jej pożądany, regulaminowy wygląd. A to niełatwe, szczególnie gdy ma się do czynienia z niemal setką chłopaków. Akurat przechodziliśmy wzdłuż płotu. Kiedy „bażant” korygował czoło kolumny, jej tył zaczynał walić rękami w siatkę. Zaalarmowany podchorąży biegł wtenczas do tyłu, by obrugać i spisać winowajców. W tym momencie hałas powodowali z kolei ci, którzy otwierali wesoły pochód.
– Cisza. Spokój! – sapał biedny podchorążak.
My jednak nie mieliśmy wcale dość. W pewnej chwili ruchem domina zaczynaliśmy podnosić ręce i zakładać je za głowę, czym żywo przypominaliśmy kolumnę dopiero co wziętych w niewolę żołnierzy piechoty. Jakiś mijający nas staruszek patrzył na nas ze współczuciem, a nawet usiłował częstować papierosami.
Po takim spacerze obiadek smakował nam bardzo. To jednak nie był koniec atrakcji, jakie dla nas przygotowano tego dnia.
– Po obiedzie idziemy całą szkołą do kina – poinformował nas kapitan, gdy popijaliśmy kompocikiem drugie danie.
– Na jaki film? – zapytał ktoś z głębi stołówki, ale oficer puścił tę interpelację mimo uszu, a może po prostu nie dosłyszał.
No to poszliśmy, pobekując z cicha, wszak posiłek był dość obfity, a my nie zdążyliśmy przecież odbyć poobiedniej sjesty. W drugą, bardziej cywilizowaną część miasta. Do jednego z najnowocześniejszych kin. Dolby stereo, szeroki ekran, miękkie fotele. Niektórzy z nas po raz pierwszy w życiu byli w tak nowoczesnym przybytku kultury.
Obstawialiśmy też, jaki film będzie nam dane obejrzeć. W nieoficjalnym rankingu wygrał „Och, Karol!” – komedia, którą reklamowano jako erotyczną, a której większość z nas jeszcze nie widziała. No i puścili nam film. Gruziński…
Noc minęła w miarę spokojnie. A potem była niedziela. Wreszcie można było pospać godzinę dłużej, a potem zjeść sobie spokojnie pożywne śniadanko, wzuć papucie i…
– Zbiórka do wyjścia. Zbiórka!
Jeżeli komuś jeszcze przed chwilą wydawało się, że będzie dzień święty święcił, jak nauczyli go rodzice, dziadkowie i ksiądz proboszcz dobrodziej w rodzinnej parafii, to właśnie powoli zaczynał sobie uzmysławiać, że chyba będzie musiał znaleźć sobie jakiś inny, mniej rzucający się w oczy sposób obcowania ze Stwórcą. Bo ktoś nad tym myślał. Ktoś wiedział, co robi, wymyślając szczegółowy plan spędzania przez nas niedzieli, a ktoś inny miał ów plan wcielić w życie.

Krzysztof Beśka - Fabryka frajerów

Brak komentarzy do wpisu “Fabryka frajerów (odc. 26)”

Zostaw odpowiedź

(wymagane)

(wymagany)