Strona główna » Krzysztof Lipka - Nóż na gardle » Nóż na gardle (odc. 25)

Nóż na gardle (odc. 25)

Maksymilian chyba poczuł, że nieco przeholował. Wycofywać się jednak było za późno. Przybrał surowy wyraz twarzy i żeby się lepiej kontrolować, jak najsurowiej spoglądał na swoje odbicie w wielkim zwierciadle.
– Kamilu, nie zapominaj się! Nikt dotąd nie naśmiewał się ze mnie bezkarnie!
– No to ja będę pierwszy! Ty i twoja siostra! A to dobre! Cha, cha, cha! Ale to mnie cały czas kochałeś, tak? Mnie! Cha… cha… – śmiech zamierał powoli na ustach Kamila.
– Tak, kochałem cię, pamiętaj, póki wierzyłem, że jesteś republikaninem! Kocham cię wciąż jeszcze, wbrew utracie tej wiary i wbrew samemu sobie… kocham cię wciąż… ale… ale bój się mojej miłości, zazdrosnej i gniewnej, która ci nie wybaczy, jeśli posuniesz się jeszcze dalej!
– Nie myślę o żadnych radykalnych ruchach, Maks!
– Zachciewa ci się powołania Komitetu Miłosierdzia! Już to do mnie dotarło! Tak! Ale pamiętaj, nie ma miłosierdzia dla zdrajców!
– Nie jestem zdrajcą, Maksymilianie! A miłosierdzia potrzebujemy wszyscy…
– Tak. Tylko że ty potrzebujesz mojego miłosierdzia. A nie ja twojego. Pamiętaj, Desmoulins! – zielone oczy Robespierr’a zaczynały mrugać nerwowo; był to najgorszy znak.
– Jak możesz! I pomyśleć, że nazwałem cię kiedyś żywym komentarzem do Deklaracji Praw…
– I jestem nim, ale także żywym, krwawiącym sercem! I potrafię być też żywym ramieniem sprawiedliwości!
– Sprawiedliwości się nie boję! Jestem dobrym rewolucjonistą! Kocham Wolność! I czeka mnie za to wieczna nagroda!
– Tak, tak, niewątpliwie, ale być może nie na tym świecie…
– Uważaj, bo te komentarze mogą w równym stopniu dotyczyć i ciebie.
– Nie, nie! Nie tak! Mnie raczej przede wszystkim…
Maksymilian udawał, że patrzy zupełnie obojętnie, jak Kamil narzuca płaszcz, naciska na oczy kapelusz i wychodzi bez słowa. Ale po jego wyjściu wtulił twarz w poduszkę i niemy szloch wstrząsnął jego wątłym i rozgorączkowanym teraz ciałem. Płakał bezgłośnie, lecz beznadziejnie. Zwinięty w kłębek przeleżał długo, ani razu nie spoglądając w lustro. Przez kilka najbliższych godzin był w bardzo podłym nastroju. Nadaremnie próbował zasnąć. Wreszcie przyszło mu na myśl coś, co mogło w tym momencie zwrócić jego uwagę na inne tory. Zapalił świecę i wyciągnął zwitek rękopisu, który parę dni temu otrzymał od Emila. Rozprostował zrolowane karty…

Pamiętnik sankiuloty (2)

8. września 1792. Pięć dni temu, w poniedziałek, podczas przemarszu zdziczałego tłumu przez miasto, cały czas miałem na oku wysoko wzniesioną pikę z natkniętą na jej czubku głową byłej księżny de Lamballe. To był doprawdy przepyszny widok! Kobieta ta, za życia tak niezwykle piękna, była nawet, jak powiadali, tak jak księżna de Polignac, kochanką królowej. Austriaczka była nimfomanką, ponoć nawet wykorzystywała własnego syna! Teraz twarz księżny, nieco już sfatygowana, wciąż jeszcze przedstawiała się niemalże nęcąco. Roztargane włosy jeszcze się trzymały upięte do góry i ułożone w kaskady i rulady, a wśród nich, jak perwersyjny pocałunek odbiegłego życia, plątał się jakiś sztuczny, niby zwiędły kwiat. Regularne rysy zastygły w grymasie, jakby w jakimś makabrycznym uśmiechu, który rozpływał się galaretowato ku dołowi, ku ustom broczącym jeszcze krwią, na smukłą, białą szyję, przechodzącą niepostrzeżenie w rozprute i zwisające ochłapy mięsa i skóry, splątane z resztką jakiejś swego czasu błękitnej czy może liliowej koronkowej szarfy.
Sankiulota trzymający pikę wywijał nią wolno i opływowo, takim ruchem, jakim puszcza się latawiec, posuwiście i delikatnie, niemal z czułością, żeby głowa byłej księżny nie spadła na bruk, bo mogłaby się jeszcze niechcący uszkodzić i zatracić swą cenną, powabną tożsamość. Byłem zdaje się bardziej niż on w strachu o nienaruszoność rysów, bo już miałem pewne dość konkretne plany co do przyszłości tej uroczej twarzyczki, a przede wszystkim co do sumy, która mogłaby mi za nią wpaść w zupełnie pustą właśnie kieszeń…
Wodziłem więc spojrzeniem za książęcą resztką jak kot za mlekiem, którego na razie nie może dosięgnąć. Byłem tym nawet nieco zahipnotyzowany i w zasadzie mało obchodził mnie rozszalały tłum. Nie rozglądałem się wokół siebie, nie penetrowałem gawiedzi, zdobycz już miałem wypatrzoną. Ale kiedy tak się wpatrywałem zafascynowany w zatknięty na pice relikt, to jednak równocześnie rzucałem okiem tu i tam wokół siebie, bo teraz przecież zawsze trzeba widzieć wszystko naraz i wiedzieć, co się dokoła święci. A może nawet nie? Może to jakiś prąd elektryczny, czy jak to się dzisiaj mawia modnie, mesmeryczny poprowadził mój wzrok z powrotem od głowy i piki w dół do osoby, która wpatrywała się w martwą twarz równie pożądliwie jak ja? Bo raptem moje całkiem jeszcze bystre oko, natknęło się na widok niemal bardziej jeszcze interesujący, a już bez najmniejszych wątpliwości bardziej przydatny: oto niespodziewanie wyłowiłem w tłumie pewną twarz, której najmniej można się było tu spodziewać. Tę jedyną chyba twarz nie do pomylenia, tym bardziej że nie widywano jej niemal nigdy wmieszanej w uliczną ciżbę, mianowicie fizjonomię Robespierre’a.

Krzysztof Lipka - Nóż na gardle

Brak komentarzy do wpisu “Nóż na gardle (odc. 25)”

Zostaw odpowiedź

(wymagane)

(wymagany)