Strona główna » Yehuda Nir - Utracone dzieciństwo » Utracone dzieciństwo (odc. 22)

Utracone dzieciństwo (odc. 22)

Zima 1943 roku była długa i boleśnie uciążliwa. Mieliśmy niewiele opału. Szyby okien pokryte grubym szronem już od wczesnych dni grudnia, pozostały tak aż do marca. Zostałem zatem odcięty nawet od tego minimalnego kontaktu, jaki miałem dotąd ze światem zewnętrznym. Lala była jedyną, która wychodziła z domu, i to bardzo wcześnie rano, jeszcze w ciemnościach, a wracała też w ciemnościach, w późnych godzinach wieczornych.
Często przynosiła resztki jedzenia od swego niemieckiego pracodawcy i to stanowiło potem nasz całodzienny posiłek. Chociaż pracowała bardzo ciężko, jednak zazdrościłem jej tej namiastki wolności i sposobu przeżywania rzeczywistości. Aby oszczędzić na węglu, zaraz po powrocie Lali kładliśmy się do łóżka, przykrywając się wszystkimi posiadanymi kocami. Mama czytała nam na głos niemiecką gazetę, którą Lala podkradała swemu pracodawcy, komentując doniesienia z rosyjskiego frontu. Wyglądało na to, że sytuacja zaczęła się odwracać. Zamigotał dla nas mały płomyk nadziei. Pod Stalingradem Niemcy zostali zakleszczeni. Chociaż prawdziwy obraz frontowych zmagań wyłaniał się bardzo niewyraźnie z niemieckiej propagandy, potrafi liśmy jednak odczytać między wierszami, że wielki, zwycięski marsz na Moskwę został
zatrzymany. Doskonale orientowaliśmy się, że za stwierdzeniami w rodzaju: „Niemiecka armia konsoliduje swe linie obronne” kryła się informacja, iż Niemcy zostali zmuszeni do wycofania się na poprzednie pozycje, wskutek narastającego rosyjskiego przeciwnatarcia. Upłynie jeszcze dwa i pół roku – trzydzieści długich miesięcy – zanim zostaniemy oswobodzeni, ale dla nas wtedy te wiadomości były jak zwiastun wolności. Byliśmy niemal gotowi to uczcić.
Nie wiem, czy zdołalibyśmy psychicznie przetrwać ogrom dotychczasowych cierpień wzmożonych przeżyciami długiej i surowej
zimy, gdyby nie zaszło niespodziewane wydarzenie. Do pokoju na naszym piętrze wprowadziła się młoda para Polaków – państwo Kowalscy – z dwuletnim synkiem. Pan Kowalski był chorowitym, lecz wysokim i przystojnym mężczyzną, inżynierem z zawodu. Cierpiał na gruźlicę kręgosłupa i jego doktor zalecił mu kąpiele termiczne w tutejszym uzdrowisku. Jego żona, Kasia, była bardzo ładna, nieduża, z pięknymi blond włosami i rozmarzonymi, niebieskimi oczyma, a przy tym otwarta i przyjacielska. Zanim ją dobrze poznaliśmy, spędzała całe dnie w naszym malutkim pokoju, opowiadając mojej mamie o wszystkich swoich problemach. Było to upragnione uwolnienie się od tępej ciszy długich i samotnych dni, pewien przełom w naszej nieludzkiej i koszmarnej egzystencji.
Kasia stanowiła nieco bardziej wyrafinowaną wersję pani Nowickiej, naszej ciężarnej lokatorki ze Lwowa. Była zaskoczona, gdy zorientowała się, iż przebywam tutaj, bo słyszała od naszego gospodarza, policjanta, że w obu wynajętych pokojach na górze mieszkają tylko dwie kobiety. To była pocieszająca nowina, bo oznaczała, iż na dole nie wiedzą, że tu jestem. Jako obrzezany, ciągle stanowiłem najbardziej narażoną z nas trojga osobę. Udoskonalając stale swój aryjski wizerunek, mama i Lala spędzały długie godziny, ucząc się na pamięć katechizmu oraz wszystkich katolickich modlitw i pacierzy, odmawianych powszechnie w kościołach. Ważne było, aby je dobrze znać, ponieważ znajomość ich
gestapo traktowało jako test wobec osób podejrzanych o żydowskie pochodzenie. Było zarazem bolesne i zabawne, widzieć moją matkę – dumną potomkinię wielopokoleniowego rodu rabinów – recytującą Zdrowaś Mario i Ojcze Nasz. Lala czasami złościła się na nią za odmawianie tych pacierzy bez wystarczającego przekonania. Mama wybuchała wtedy płaczem, stwierdzając, że rezygnuje. „Nie zniosę tego dłużej” – spazmowała. Odtąd często wpadała w depresję, nie wykazując chęci do walki o przetrwanie. Straciła pewność siebie, którą objawiła natychmiast po pojmaniu naszego ojca, i postępowała teraz jedynie wedle wskazań Lali. Współczułem mamie, ale Lala czując, że cała odpowiedzialność spoczywa obecnie na jej barkach, była nieustępliwa. Parę chwil po otarciu łez, moja biedna mama ponownie rozpoczynała swoje potyczki ze Zdrowaśkami, tym razem pouczana przez Lalę, aby
modląc się, z determinacją patrzyła na obraz Chrystusa wiszący na ścianie. Ja byłem zwolniony z pamięciowego wkuwania modlitw, jako że wszystkim, czego gestapo potrzebowało do uznania, czy jestem Żydem, było spuszczenie spodni.

Yehuda Nir - Utracone dzieciństwo

Brak komentarzy do wpisu “Utracone dzieciństwo (odc. 22)”

Zostaw odpowiedź

(wymagane)

(wymagany)