Strona główna » Yehuda Nir - Utracone dzieciństwo » Utracone dzieciństwo (odc. 20)

Utracone dzieciństwo (odc. 20)

Zakłopotani, zastanawialiśmy się w tej sytuacji, co dalej robić i dokąd się udać? Ludwik sugerował małe uzdrowisko koło Krakowa, gdzie prawdopodobnie moglibyśmy wynająć w pensjonacie jakiś tani pokój, gdyż było już po sezonie. Jego matka i siostra Marysia już tam przebywają i może byłoby nam łatwiej, gdybyśmy wszyscy razem byli w jednym miejscu. Następnego tygodnia wynajęliśmy w Swoszowicach dwa maleńkie pokoje. Jeden był dla mamy ze mną, a drugi dla Lali, która musiała mieć osobny pokój, skoro miała żyć pod innym nazwiskiem niż nasze. Byliśmy jedynymi lokatorami w tym małym pensjonacie. Jego właściciel, polski policjant, mieszkał wraz z rodziną na parterze, a nasze pokoje były na piętrze. W domu tym, o drewnianej konstrukcji, na naszym piętrze było jeszcze sześć pustych pokoi i jedna toaleta. Rodzina Ludwika była zakwaterowana niedaleko od nas i w podobnym domu. Nasz pokoik miał około dziesięciu metrów kwadratowych powierzchni i był wyposażony w łóżko, stół z krzesłem, umywalkę oraz mały żelazny piecyk przeznaczony do gotowania i ogrzewania pomieszczenia.
Z okna naszego pokoju zobaczyć można było inny mały hotel, widok, który miał być moim jedynym kontaktem z zewnętrznym światem w nadchodzących miesiącach. Nie mieliśmy już prawie żadnych pieniędzy, ale Ludwik zorganizował transport dwóch wielkich koszy wiklinowych wypełnionych odzieżą i pościelą z naszego mieszkania we Lwowie.
Była piękna słoneczna jesień i po raz pierwszy od wielu lat panował wokół nas pozorny i względny spokój. Mama wytłumaczyła naszej gospodyni – żonie właściciela domu – że ona i jej kuzynka Halina (tak będzie do końca wojny określała swoje powinowactwo z Lalą, z powodu różnicy nazwisk) cierpią na ostry artretyzm i planują spędzić tutaj zimę, przyjmując siarczane kąpiele, z których słyną Swoszowice. Nie wspomniała o mnie, w nadziei, iż pozostanę niezauważony. Kontynuowaliśmy zdobywanie żywności, wymieniając nasze rzeczy na cokolwiek, co okoliczni chłopi mieli do zaoferowania. Nasze życie koncentrowało się na wiadomościach z rosyjskiego frontu. Niemiecka armia przeżywała pierwsze trudności i ta wiadomość podniosła nas na duchu. Niemcy zatrzymali się w swym marszu przez Rosję, i interpretowaliśmy to jako zapowiedź ich przyszłej klęski. Ale zanim to nastąpiło, przed nami był jeszcze długi okres oczekiwania.
Ludwik został schwytany i zabity przez gestapo w końcu września 1942. Pojechał do Lwowa i już nigdy nie powrócił. Tydzień po jego wyjeździe Zosia – matka Ludwika – ciągle jeszcze oczekiwała na list od niego. Zaczęliśmy się obawiać, że stało się coś złego. Mieliśmy uzgodniony bardzo precyzyjny i skuteczny system porozumiewania się: jeśli nie było telefonów, to powinniśmy się spodziewać listu wkrótce po jego przyjeździe do Lwowa. Ludwik ustalił specjalny kod korespondencyjny. W tym celu każdy z nas otrzymał identyczną kartkę papieru z odmierzonymi przerwami wielkości pojedynczego słowa. Aby napisać list, powinniśmy położyć ten szablon na czysty arkusz papieru listowego i przekazać wiadomość, wpisując wyrazy w puste okienka, następnie ściągnąć z wierzchu szablon i wypełnić pozostałe puste miejsca wyrazami nadającymi zwodniczy sens poszczególnym zdaniom. Aby odczytać otrzymany list, na jego wierzch kładło się szablon, odczytując wiadomość w okienkach.
Niestety, nie nadszedł żaden list od Ludwika. Kilka tygodni później dowiedzieliśmy się, że zaaresztowano go zaraz po przyjeździe do Lwowa na skutek donosu na policję, przekazanego przez polskiego informatora. Kilka dni później został rozstrzelany.
Śmierć Ludwika odebrałem jako najboleśniejszą stratę, może nawet dotkliwszą niż śmierć ojca. Przez minione półtora roku osiągnąłem wielką wewnętrzną dojrzałość. Mogłem więc jasno zrozumieć ogrom i znaczenie dla mnie tej straty. W późniejszych latach, jako młody mężczyzna, nazwałem swojego pierwszego syna imieniem Ludwik. Lala nadała swemu synowi imię naszego ojca. Śmierć Ludwika pogrążyła nas wszystkich w smutku i żałobie, poczuliśmy się osieroceni. Zosia nie była w stanie pogodzić się z istotą i rozmiarem własnej tragedii. Od chwili, gdy rok temu w Dniu Petlury zabrano jej męża podobnie jak mojego ojca, zdała
się całkowicie na swego syna.

Yehuda Nir - Utracone dzieciństwo

Brak komentarzy do wpisu “Utracone dzieciństwo (odc. 20)”

Zostaw odpowiedź

(wymagane)

(wymagany)