Krzysztof Beśka – Fabryka frajerów

Fabryka frajerów (odc. 25)

8 kwietnia 2011

Któregoś dniach usiłowaliśmy ochrzcić w ten sposób nowego kolegę, który dołączył do nas z odwołania, z kilkutygodniowym opóźnieniem. Nawet się mocno nie bronił. Gdy już dzieło było skończone, chłopak zapytał zdziwiony:
– To na czym ma polegać ten kawał?
Miał bowiem niemal metr dziewięćdziesiąt wzrostu i wcale nie dyndał. Nazywał się Mirosław Bołtuć i od razu ochrzciliśmy go „Milimetrem”.
Na pewien czas zarzuciliśmy podobne praktyki, poświęcając się nauce i poznawaniu kolejnych profesorów. Od pierwszych zajęć polubiliśmy na przykład biologię. Pani profesor była ładna i dopiero co po studiach. Na swoje nieszczęście na pierwszą lekcję w naszej klasie włożyła bluzeczkę białą i na tyle przeźroczystą, że wyraźnie było widać jej staniczek, a nawet i coś więcej.
– Chciałabym, żeby moja klasa tonęła w kwiatach – snuła swoją wizję z dziewczęcą egzaltacją. – Byłoby miło, gdybyście przynieśli jakieś interesujące okazy roślin. dalej…

Fabryka frajerów (odc. 24)

7 kwietnia 2011

– Ty masz katar? – zapytała pewnego dnia, z samego rana, pani rusycystka, a zapytanym był kolega, który rzeczywiście miał katar, bo to już jesień była, a do tego siedział w pierwszej ławce. No i chyba się ucieszył, że ktoś się o niego martwi tak daleko od domu.
– Tak, pani profesor – zajęczał zgodnie z konwencją. – Już trzeci dzień.
– To uciekaj do tyłu, bo mnie jeszcze zarazisz. Wy obok też. Wszyscy!
Kilkoro z profesorów, dla podreperowania domowego budżetu, a może z przyczyn poznawczych, zdecydowało się wprawdzie nawet na wieczorne dyżury w internacie, ale i to chyba niewiele pomogło. Tak jak my słabo się jeszcze znali. Na tyle kiepsko, że nie mogli wypracować wspólnej skutecznej taktyki ustawiania nas do pionu. A bez tego przecież nie sposób utrzymać nikogo w ryzach. Nawet aniołów. dalej…

Fabryka frajerów (odc. 23)

6 kwietnia 2011

Dzień jednak trwał dalej, choć już chylił się ku końcowi. Potem to już po bożemu: kolacja i… obowiązkowe oglądanie Dziennika Telewizyjnego. Na każdym piętrze mieliśmy bowiem świetlicę, a w niej stoły, miękkie krzesełka, no i przede wszystkim kolorowy telewizor. I żebyśmy w nim tylko głupot nie oglądali, a i myśleli praworządnie, trzeba było wysiedzieć pół godzinki, słuchając doniesień, że znów nam się udało na froncie odbudowy, że partia jednoczy się, liczy na zrozumienie, spokój, wichrzyciele nie obalą i tak dalej…
No to siedzieliśmy i słuchaliśmy lub tylko udawaliśmy, że słuchamy. A nasza ulubiona pani Ula liczyła inwentarz i spisywała, kogo nie ma. Po kryjomu czytało się książki albo dokańczało kolację, grywało w karty, a nawet drzemało w pozie myśliciela.
Ale co byśmy wtedy nie myśleli, zaczęło się. Na dobre. dalej…

Fabryka frajerów (odc. 22)

5 kwietnia 2011

Kolejnym punktem programu dnia, który obowiązywał nas już od dobrego tygodnia, była „Nauka własna”. Czyli siedzenie nad książką i zeszytem przy biureczku. Broń Boże leżenie! Tego dopilnować mieli wychowawcy, którzy kilka chwil po siedemnastej, uzbrojeni w długopisy i zeszyciki (czyżby pozazdrościli mundurowym?), zaczynali swój obchód. Czasami w tym samym momencie na pielgrzymkę po pokojach udawał się również opiekun roku, kierownik internatu, dyrektor szkoły bądź jego zastępca do spraw wychowawczo-obronnych, poczciwy grubas w stopniu podpułkownika, którego pewnie chcieliśmy zapytać po cichu, czy bardziej nas będzie wychowywać czy może jednak bronić. A jeżeli to drugie, to przed kim.
Bywało zatem, że wszyscy oni wchodzili na siebie jak na odwiedzinach w szpitalu u chorej cioci.
– O czym czytacie? – pytali na początku mundurowi. dalej…

Fabryka frajerów (odc. 21)

4 kwietnia 2011

Włóczyliśmy się tak bez celu, samotnie lub małymi grupkami, próbując zająć czymś myśli, które nie przestawały kotłować się w głowach. Ułożyć sobie życie na nowo, bez znajomych, którzy zostali gdzieś tam, daleko. Bez dotychczasowych przyzwyczajeń, dziewczyny, ulubionego psa. Jeździliśmy windami w wieżowcach, niektórzy po raz pierwszy w życiu. Chodziliśmy po sklepach, w których niczego nie można było kupić. Co odważniejsi, no i już po cywilnemu, szli na małe jasne do jednej z licznych piwiarni na Starówce lub nad rzeką, gdzie podawano piwo w grubych kuflach.
– Wypijesz tyle? – pytał jeden drugiego, spoglądając na pękate naczynie wypełnione złocistym napojem i ukoronowane grubą warstwą białej piany.
– Mowa! – wzruszał ramionami młodociany piwosz, przyjmując pozę cwaniaczka, po czym z wprawą przechylał kufelek, a potem tylko mlaskał z upodobaniem. dalej…

Fabryka frajerów (odc. 20)

1 kwietnia 2011

Był zatem 1 września, a my wystawaliśmy dzielnie swoje. W zwartym dwuszeregu, wzdłuż linii boiska do siatkówki. Wciągnięto flagę biało-czerwoną na maszt, orkiestra wojskowa zagrała „Mazurka Dąbrowskiego”, a może nawet i „Rotę”, która tym bardziej pasowała do dekoracji byłych pruskich koszar, w których mieliśmy spędzić kilka następnych lat życia. Letnie jeszcze słoneczko przygrzewało przyjemnie, miękły nam odrobinę plastikowe daszki galowych czapek i nogi przy okazji.
Zaproszeni oficjele, stłoczeni na trybunie honorowej z metalowym orłem, przemówili ludzkim głosem, my na to krzyknęliśmy ile sił w gardłach i kilka razy: czołem! Nieco z boku ustawił się barwny tłumek – byli to nauczyciele, wychowawcy, pracownicy administracji, rodzice i zaproszeni goście. To było naprawdę wzruszające. Wszyscy razem i każdy z osobna czuliśmy smak tej szczególnej chwili w życiu… dalej…

« Poprzednia stronaNastępna strona »