Magdalena Wypych – Nowy Jork u stóp

Nowy Jork u stóp (odc. 15)

4 marca 2011

15. CIERPIENIA NOWOJORSKIEGO TRZYDZIESTOLATKA

Nowy Jork jest sumą indywidualnych jednostek, które przybyły by egoistycznie realizować tu cele własne.

Jeśli jednostka opuszcza swoją ziemię i zostawia rodzinę, by w Nowym Jorku spełniać cele, to nie po to, by zaraz zakładać rodzinę i kupować ziemię. Będzie miała luźne związki, wynajęte mieszkania i żyła skupiona na sobie i na karierze, by dowieść wartości swojego wyboru. Ja tak mam, pan tak ma i pani też. W ten sposób inni ludzie stają się tylko celem w ramach spełniania ekonomicznych zadań i traktują siebie nawzajem instrumentalnie.

Po trzech latach w Nowym Jorku przystosowałam swój styl życia się do wymogów życia w Mieście. Byłam teraz trzydziestoletnim singlem, głodnym sukcesu, wplątanym w kilka luźnych związków, który ma kilka niestałych prac i używa sobie życia. Chodziło o to, by zawsze być w coś dalej…

Nowy Jork u stóp (odc. 14)

3 marca 2011

14. MARC

Długo się wahałam czy rzucać się w romans, który wiadomo, że jest skazany na porażkę. I nie „wszystko z nudów”, jak Osiecka pisała.

Coś mnie ciągnęło, by mieć to doswiadczenie i sama byłam ciekawa jak się zachowam. Bo miałam nadzieję, że okaże się, że dorosłam i nie zachowam się jak małolata, nie zakocham się.

Spodobał mi się od razu. Bo Marc robi dobre wrażenie. I tym gubi kobiety. Wydaje się, że przy nim nie można być nieszczęśliwym. Jemu wszystko się udaje i wszystko jest łatwe. Widać, że wie kim jest i lubi sobą być. A to przyciąga. Nie widziałam żadnej złej strony Marca dopóki Alicia nie zaczęła mi się zwierzać.
Alicia i Marc byli przez długi czas szczęśliwą parą. Alicia dostawała prezenty i śniadanie do łóżka. Była pochłonięta tą miłością i nowymi kontaktami w branży, dzięki Marcowi uzyskanymi, a do mnie dzwoniła tylko pożyczać sukienki na przyjęcia. dalej…

Nowy Jork u stóp (odc. 13)

2 marca 2011

13. SEX AND THE CITY

Wracałam taksówką na Manhattan okropnym porankiem. Było nieprzezroczyście szaro i padał deszcz. Już dwa razy zmieniłam adres i kierowca spojrzał na mnie złym wzrokiem, gdy zmieniłam jeszcze raz. Chciałam gdzies jechać, coś zrobić, cokolwiek, co by odciągnęło moje myśli od niego, ale zrozumiałam, że nie umiałabym być nigdzie prócz domu.
Wyszłam, gdy jeszcze spał. Trochę jak złodziej, trochę jak masochista. Musiałam opuścić ciepło, udowodnić coś, ustawić pionek na polu zwycięzcy i teraz wracać tak szalenie przegrana. Przeklinałam mężczyzn, że nauczyli mnie tej gry. Może i jakieś Maneaters, które miały po mężczynach trawestowane uczucia, robiły to z lekkością i bez drugich myśli. Może ja też tak bym mogła, ale z nim było inaczej, zależało mi. I chciałam żeby to miało sens. I im bardziej ja chciałam, tym mniej on chciał i sens się oddalał. Wiedziałam, że w dniu, w którym wyznam mu miłość, rozstaniemy się. Przeszył mnie smutek, dociskając do szyby. Na zewnątrz było tak samo. Ulice wyglądały równie mizernie jak ja. dalej…

Nowy Jork u stóp (odc. 12)

1 marca 2011

12. POKOLENIE SLASHÓW

Byliśmy Slashami. Z tytułami poszatkowanymi na wizytówkach. W filmie wyglądało to tak: Producent slash Asystent slash Reżyser slash Scenarzysta slash slash Grafik slash Montażysta ciach.

W takich czasach przyszło nam żyć, że musieliśmy wiele umieć, by przetrwać. Nie wiadomo było co może się przydać i kiedy, więc uczyliśmy się na wszelki wypadek wszystkiego. Jako nastolatki postmodernizmu byliśmy niezmordowani w wymyślaniu sposobów, by się sprzedać i zarobić na czynsz. Przyszłość ledwie istniała. Chcieliśmy tworzyć, opisywać i przyczyniać się do naszej rzeczywistości. I chyba baliśmy się podporządkować i oznaczyć. Nie chcieliśmy wstawać codziennie o tej godzinie do tej samej pracy. Tacy jak my istnieli zawsze, nasza epoka tym się różniła, że było szybciej i głupiej, poprzeczki były zawyżone a definicje rozszerzone. Każdy miał kilka talentów na sprzedaż, trzeba było tylko odkryć co i gdzie teraz skupują. Należało być lisem, lwem oraz psem na posyłki. dalej…

Nowy Jork u stóp (odc. 11)

28 lutego 2011

11. WIELKA TEORIA TRÓKĄTA

Intelektualista jest samotnym człowiekiem, który siedzi w domu i czyta książki oraz artykuły, ponieważ nigdzie go nie zapraszają.

Kiedy już nie chce mu się czytać, zaczyna coś samemu wymyślać. Byłam pokłócona ze światem i zniechęcona do jakiejkolwiek korelacji z mężczyznami, włączając męskich przechodniów. Miałam również nieprzepisowo trzy dni wolne w tygodniu oraz paniczny strach przed robieniem czegokolwiek co mogłoby je zająć. Od pewnego czasu spędzałam je na dachu. Było gorące lato. Tyle wystarczy na entymologię Wielkiej Teorii Trójkąta.

Zaczęło się od chipsa. Tortilli chipsa. Jedynego pożywienia produkowanego w Ameryce, i nigdzie w Polsce, za którym szaleję. Jedną z moich ulubionych aktywności w czasie dni wolnych tego lata było siedzenie na kocyku na dachu z wielką paczką tortilla chips. dalej…

Nowy Jork u stóp (odc. 10)

25 lutego 2011

10. PERFECT MARTINI

Nazywali mnie dziewczyną, która przyrządza idealne martini. W jednym z tych prawdziwych barów, który będąc w centrum, aspirował do rangi przedmieścia.

Gdy pierwszy raz tam weszłam, poczułam, że staję oko w oko z definicją baru. Tak właśnie bar był winien wyglądać. Mrok miał kolor czerwony, z lekka śmierdziało oraz niewymuszone, naturalne dekoracje. Powstawały gdy przypinano coś ścianom i wisiało, póki nie odpadło. Na stołkach barowych kiwali się artyści oraz menele. Nie dało się odróżnić kto jest kim. Za to jasnym było, że niewiele się w Barze zmieniło od czasów gdy menele byli jeszcze hipisami. W starym jukeboxie królował Johnny Cash. W oknach wisiały firanki z czasów firanek. W ogóle nic nie przypominało o upływie czasu, co świetnie sprzyjało piciu. Alkohol był tani, a promocje i gratisy zależały od barmanów. Panowała jakaś naturalna logika rzeczy. Im częściej przychodzisz, tym większe masz przywileje. Im więcej pijesz, tym mniej płacisz. Pili tu ludzie z problemami. Długo stałam i chłonęłam tę atmosferę. I uzmysłowiłam sobie, że nie wystarczy przerobić tego na literaturę. To należało przeżyć. Musiałam tu pracować. dalej…

Następna strona »